Strzelectwo jest widowiskowe

Renata Mauer-Różańska jest dwukrotną mistrzynią olimpijską. Na igrzyskach zdobyła też brązowy medal. W swoim dorobku ma tytuły mistrzyni Europy oraz inne medale mistrzostw Europy i Świata.

– Pani sukcesy przypadły na lata mojego największego zainteresowania sportem. Pamiętam plebiscyt na najlepszego sportowca w 1996 roku organizowany przez Telewizję Polską. To był rok, w którym zdobyła Pani dwa medale: złoto i brąz na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie. Ale kibice wybrali piłkarza Marka Citkę, który nie mógł pochwalić się podobnymi sukcesami. Byłem zbulwersowany.
– Nie miałam o to żalu do kibiców, a nawet cieszyłam się. Nagrodą za drugie miejsce był bilet lotniczy do dowolnego miejsca na świecie, do jakiego docierają linie lotnicze LOT. Dzięki temu wyjechałam wraz z mężem na wspaniałą wycieczkę do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy tam 10 dni i zobaczyliśmy wiele wspaniałych miejsc, m.in. park narodowy należący do Indian, w którym kręcona była większość westernów, Park Łuków, przeszliśmy cały Wielki Kanion. To była wspaniała przygoda.

– A jaka była nagroda za pierwsze miejsce?
– Samochód. Samochody się starzeją i idą na złom. A my mamy z mężem wspomnienia na całe życie. Wszystko ułożyło się więc doskonale.

– Zanim trafiła Pani do sportu, zajmowała się zabytkami.
– Chodziłam w Warszawie do liceum zawodowego o profilu renowacja zabytków architektury. Mieliśmy wtedy praktyki przy renowacji sali balowej Zamku Królewskiego, a także Barbakanu. W Warszawie pozostał więc po mnie ślad. Ale po zdaniu matury postawiłam wszystko na sport i miałam pięć lat przerwy w edukacji. Później studiowałam marketing na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Skończyłam studia trenerskie na AWF i studia z technik relaksacyjnych, także na wrocławskiej Akademii.

– Gdy jechała Pani na olimpiadę w Atlancie w domu została córeczka.
– Tak, Natalka miała cztery i pół miesiąca. W czasie mojej nieobecności zajmowała się nią moja mama. Miała przyjechać do nas na dwa tygodnie, a została dwa lata. Dzięki niej mogłam kontynuować karierę i osiągać sukcesy. Ta rozłąka z córką była dla nas bardzo bolesna. Ale gdy dziś rozmawiam z nią o tym mówi, że cieszy się, że pojechałam wtedy na igrzyska.

– Na kolejnej olimpiadzie, w Sydney w 2000 roku, pokazała Pani charakter. W swojej koronnej konkurencji, karabinek pneumatyczny, zajęła Pani odległą pozycję. Mimo porażki, nie załamała się Pani i z karabinka sportowego wystrzelała kolejne złoto.
– W mojej sportowej karierze to był jeden jedyny raz, kiedy nie udało mi się unieść presji, jaka na mnie spoczywała. Byłam wtedy bardzo zła i obiecałam sobie, że to ostatni raz, kiedy tak stresuję się przed występem. Miałam napięte wszystkie mięśnie. Po nieudanych zawodach poprosiłam o interwencję masażystę Pawła Nastuli. Po jego masażu czułam jak wraca do mnie życie.

– Podczas strzelania z karabinku sportowego była Pani już poza konkurencją.
– Tak. Działo się wtedy ze mną coś, czego nigdy potem już nie doświadczyłam. Miałam bardzo wysokie tętno i czułam jak bije mi serce. W rękach miałam jednak zupełny spokój, a karabin zatrzymywał się na dziesiątce. Próbowałam analizować, dlaczego broń nie odskakiwała mi wtedy do góry przy strzale, ale nigdy już nie udało mi się tego powtórzyć. Czułam mentalnie, że jestem silniejsza od rywalek. Podczas zawodów nie widzimy tarcz i wyników innych zawodników. Ja wiedziałam jednak wtedy, że jestem najlepsza.

– Karierę sportową zakończyła Pani dopiero w październiku tego roku. Sukcesów takich jak w Atlancie i Sydney nie udało się już jednak odnieść.
– W Atenach w 2004 roku miałam sporego pecha. W konkurencji karabin pneumatyczny zajęłam dziewiąte miejsce, a osiem zawodniczek wchodziło do finału. Wynik miałam taki sam jak ósma zawodniczka, a wszystkie trafione dziewiątki to było 9,9, a więc milimetr od dziesiątki. Zdobyłam jeden punkt więcej niż osiem lat wcześniej w Atlancie. Poziom jednak w międzyczasie znacznie wzrósł.

– Czym dziś zajmuje się Renata Mauer?
– Wykładam na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu i w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Działam w Radzie Miejskiej Wrocławia. Jestem przewodniczącą Komisji Sportu i Rady Sportu przy prezydencie miasta. Wychowujemy z mężem dwójkę dzieci. Dwa razy w tygodniu prowadzę też zajęcia ogólnorozwojowe dla gimnazjalistów w ramach programu Lotto Kumulacja Marzeń.

– Czy umiejętności nabyte na strzelnicy przydają się dziś do czegoś?
– Oczywiście. W szczególności opanowanie. Ale także potrzeba dokładnej analizy sytuacji. To było mi bardzo potrzebne podczas mojej kariery strzeleckiej i przydaje się też dziś.

– Strzelectwo nie jest popularnym sportem. Jest chyba mało widowiskowe dla tych, którzy oglądają je na żywo.
– To nieprawda. W Atlancie rywalizowałyśmy przy pełnych trybunach i na długo przed zawodami nie można było kupić biletów. Strzelectwo jest widowiskowe, ale trzeba umieć je pokazać. W Niemczech strzelanie jest bardzo popularne. W co drugiej wiosce jest strzelnica. W Szwajcarii strzelać umie każdy mężczyzna. Nie ma tam armii, ale jest dobrze rozwinięta obrona cywilna.

– A w Polsce?
– Kryzys na pewno mamy już za sobą. Kluby miały ogromne problemy finansowe. Sekcje strzeleckie związane były z wojskiem lub policją i w pewnym momencie przestano je wspierać. Teraz jest już jednak coraz lepiej. Ciągle powstają nowe strzelnice.

– Ale żeby się z tego sportu utrzymać, trzeba być chyba bardzo dobrym?
– Nadal możemy liczyć na wsparcie armii. Dzięki temu, że strzelectwo pojawia się na zawodach CISM (międzynarodowa federacja zajmująca się promocją sportu w wojsku), zawodnicy-cywile mogą liczyć na wojskowe kontrakty w zamian za reprezentowanie Wojska Polskiego.