Michał Szkudlarek: Do sportu trzeba mieć serce

88-letni Michał Szkudlarek z Przysieki Polskiej to nestor biegów Ziemi Kościańskiej. Biegać zaczął dopiero po sześćdziesiątce. Przez 28 lat startów wziął udział w 51 maratonach i 184 półmaratonach. W rozmowie z nami opowiada o swojej przygodzie ze sportem, miłości do biegania i trudnych czasach wojny.

Michał Szkudlarek: Do sportu trzeba mieć serce

– Dla biegaczy przyzwyczajonych do częstych startów w zawodach okres pandemii musi być niezwykle uciążliwy.
– Nie jest łatwo. Bardzo brakuje mi startów w zawodach i spotkań z ludźmi. Przed pandemią niemal w każdy weekend uczestniczyłem w jakimś biegu. W ubiegłym roku zdążyłem jeszcze wystartować w siedmiu półmaratonach, m.in. w Mistrzostwach Weteranów w Murowanej Goślinie. Byłem tam jedynym zawodnikiem, który pobiegł w kategorii powyżej 85 lat. Pomimo pandemii staram się utrzymywać formę regularnie trenując. Biegam cztery razy w tygodniu po 10 km. Mam tu taką swoją trasę w kierunku na Bruszczewo, teren jest pagórkowaty w sam raz na treningi. Korzystam też ze sprzętu do ćwiczeń, który trzymam w ogrodzie. Nie mogę się już doczekać powrotu na biegowe trasy.

– Niemal całe swoje życie związał Pan z Przysieką Polską, która stała się miejscem pracy i realizacji sportowych pasji. Tu Pan także dorastał. Nie było łatwo, gdyż wczesne dzieciństwo przypadło na lata wojny.
– Gdy wybuchła wojna miałem zaledwie sześć lat. Pamiętam jak we wrześniu 1939 r. uciekaliśmy polnymi drogami w kierunku na Śrem i Książ. W końcu zatrzymało nas polskie wojsko i cofnęło do domu. Dziwili się dlaczego „pchamy się” pod największy ogień. Po powrocie do Przysieki, wszystkie stogi ze zbożem były już spalone. Chodziło o to, aby nie zarekwirowali ich Niemcy. Cierpiała przez to ludność cywilna, która musiała potem ciężko pracować.

– Co pan pamięta z czasów okupacji?
– Czasy okupacji spędziłem razem z mamą i bratem. Ojciec walczył na froncie. Mieliśmy to szczęście, że dziadek mieszkał w tzw. gliniance, dzięki czemu uniknęliśmy wywózki na wschód. Polacy mieszkający w murowanych domach byli przez Niemców wywłaszczani i wysiedlani do Generalnego Gubernatorstwa. Wielu z nich trafiło za Bug, na tereny dzisiejszej Ukrainy. Grabieży majątku i wysiedlenia doświadczyła połowa wioski. My zostaliśmy na miejscu. Mama ciężko pracowała u Niemca, a jej pomagałem.

– Jak potoczyły się wojenne losy ojca?
–  Pod Warszawą trafił do rosyjskiej niewoli. Podczas wymiany jeńców przejęli go Niemcy. Pół roku przesiedział w obozie, po czym wywieziono go na roboty do niemieckiego majątku. W czasie wojny na terenie III Rzeszy brakowało rąk do pracy. Większość Niemców wysłano na front, pozostawiając w gospodarstwach żony z dziećmi. Do jednego z takich majątków trafił mój ojciec, gdzie pracował z innymi Polakami. Po wyzwoleniu wrócił do kraju na drewnianym wózku. Pociągi jeszcze wtedy nie wznowiły kursów.

– Przejdźmy do Pana sportowych pasji. Skąd to zamiłowanie do aktywności fizycznej?
– Zawsze ciągnęło mnie do sportu. Pamiętam, że już w szkole podstawowej lubiłem grać w dwa ognie. Uczestniczyliśmy nawet w rozgrywkach na szczeblu powiatowym. Za czasów gimnazjum grałem w piłkę w szkolnej drużynie. Próbowałem też skoków o tyczce oraz biegów na średnich dystansach. Zanim jednak zacząłem biegać na poważnie wiele lat poświęciłem podnoszeniu ciężarów, z którymi zetknąłem się podczas służby wojskowej w Kielcach. Tak mi się to spodobało, że pod koniec lat 60. założyłem w Przysiece siłownię i sekcję podnoszenia ciężarów. Od dyrektora cegielni, w której pracowałem, wyprosiliśmy nieużywaną kuchnię zakładową. Pomieszczenie to stało się naszą salą treningową. Gdy przyszły pierwsze sukcesy, przenieśliśmy się do zakładowej świetlicy.

– Podnoszeniu ciężarów poświecił pan blisko dwie dekady.
– Funkcję trenera i kierownika sekcji łączyłem z pracą w cegielni, z którą byłem związany zawodowo przez ponad 30 lat. Nasza siłownia była jedną z najlepszych w Polsce. Odwiedzały nas delegacje z Warszawy, m.in. z Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. Byliśmy czołową drużyną w Wielkopolsce, która startowała w II lidze. Jednym z moich podopiecznych był ciężarowiec Andrzej Langner z Kościana, który po przejściu do Stoczniowca Gdańsk zmienił dyscyplinę na rugby. Został nawet reprezentantem Polski. Niestety, po 18 latach pracy na rzecz sportu postanowiłem się wycofać. Gdy Kościan przeszedł pod opiekę województwa leszczyńskiego, na sekcję ciężarowców w Przysiece zaczęło brakować pieniędzy. Co gorsza władze w Lesznie zaczęły nam podbierać dobrych zawodników. Moja rola miała ograniczać się tylko do szkolenia.

– Jak to się stało, że przed emeryturą postawił Pan na bieganie?
– Wszystko zaczęło się 28 lat temu, od wyjazdu na uliczny bieg do Kościana z okazji rocznicy wyzwolenia miasta. Pojechałem tam bardziej w roli kibica, niż z myślą o tym żeby w nim wystartować. Śp. Stefan Józefowicz (kościański nauczyciel wf-u – dop. red.)  poprosił mnie, abym pomógł mu sędziować na trasie. Powiedziałem wtedy: „wiesz co Stefan dzisiaj jednak nie będę sędziował, postanowiłem, że wystartuję w biegu”. Tak się złożyło, że miałem przy sobie trampki, choć do dziś nie wiem dlaczego je wtedy zabrałem. Pamiętam, że był to bieg na dystansie 10 km. Przyszedłem wtedy na metę ostatni, razem z sędziami. Zaraz po tym jak wróciłem do domu postanowiłem, że muszę zacząć trenować. Wychodziłem codziennie na okoliczne łąki i biegałem. Na początku krótkie odcinki po 500 m, kilometr, później coraz dalej, coraz dalej i po upływie roku pobiegłem maraton we Wrocławiu, w którym zająłem 5 miejsce w kategorii 60 lat. Uzyskałem wtedy swój najlepszy czas, którego już nigdy nie pobiłem. To zdopingowało mnie do dalszej pracy. Co roku brałem udział w 4-5 maratonach. W 2007 r. wystartowałem nawet w siedmiu takich biegach. Był też taki rok, w którym pobiegłem trzy maratony oraz dwa biegi na dystansie 100 km.

– Jakie starty w ciągu minionych 28 lat utkwiły Panu najbardziej w pamięci?
– Bardzo mile wspominam bieg na 100 km w szwajcarskich Alpach. Wzięło w nim udział 3,5 tys. biegaczy z 17 państw. Piękne góry, jezioro i malownicza trasa przebiegająca przez liczne wioski i miasteczka. Do tego wspaniała oprawa – ludzie z pochodniami na starcie i fajerwerki. W pamięci pozostanie także mój jubileuszowy 50. maraton, który zaliczyłem w Sztokholmie. Pobiegłem wtedy razem synem, który zorganizował cały wyjazd. Wówczas po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem i całowałem się z Murzynką na mecie. Mam wiele miłych i wesołych wspomnień związanych z biegami. Kiedyś startując w górskim biegu na 10 km koło Szczyrku otrzymałem na mecie dwa góralskie kapelusze – jasny i ciemny. Organizator biegu powiedział do mnie: „Michał, w jasnym kapeluszu będziesz biegał do 85 roku życia, a potem założysz ten ciemny. Gdy w poznańskim maratonie pobiegłem w jasnym kapeluszu, ludzie krzyczeli za mną: „góralu skąd jesteś?”. Odpowiedziałem, że z gór, „ale z jakiej miejscowości” – dopytywali. Przysieka Polska, koło Śmigla.

– W czym tkwi tajemnica pańskiej długowieczności?
– Zawsze powtarzam, że do sportu trzeba mieć serce. W biegach długodystansowych ważne jest wolne tempo i duża wytrzymałość. Sztuką jest umiejętnie rozłożyć siły. Dzięki przygodzie z ciężarami i ćwiczeniom na siłowni zawsze byłem dobrze przygotowany fizycznie. Gdy wyjeżdżałem na swój pierwszy maraton do Wrocławia żona kazała mi się ubrać w czarny garnitur. Powiedziała, że jeśli umrę w biegu, nie będą mnie już musieli przebierać do trumny, a ja uzyskałem wtedy swój najlepszy czas. Nie brakowało też trudnych momentów. Kiedyś w biegu nocnym na 100 km w Sudetach pomyliśmy trasę i nadłożyliśmy 20 km. W takich momentach trzeba mieć mocną psychikę, by się nie załamać. Jeśli przystaniesz na chwilę, to już po tobie. Nie ruszysz się choćby nie wiem co, chyba że karetką. Na metę wróciłem po 17 godzinach biegu.