Piotr Paweł Bielicki: Dziś jest łatwiej i lepiej

Na temat straży pożarnej w przeszłości i obecnie rozmawiamy z Piotrem Pawłem Bielickim, czynnym strażakiem przez 40 lat, szkoleniowcem wielu rzesz strażaków zawodowej i społecznej służby, autorem ponad dwustu publikacji dotyczących tematyki pożarnictwa, w tym książki o historii straży pożarnej w Kościanie.

Piotr Paweł Bielicki

– Dzień Strażaka w Polsce został ustanowiony niedawno, bo dopiero w 2003 r. Tradycja świętowania jest chyba jednak znacznie dłuższa?
– Zdecydowanie. Szperając w przeszłości, należałoby się cofnąć aż do czasów męczennika św. Floriana, czyli do lat 250-304. Kilkaset lat później, w roku 1184 za sprawą księcia Kazimierza Sprawiedliwego, sprowadzono relikwie św. Floriana do Krakowa. Według legendy konie, które wiozły relikwie na Wawel, zatrzymały się w krakowskiej dzielnicy Kleparz i dalej nie chciały już ruszyć się z miejsca. Dlatego zdecydowano właśnie tutaj wybudować świątynię, w której umieszczono relikwie. W 1528 r. kościół ocalał podczas pożaru miasta, co uznano za cud, a św. Floriana zaczęto kojarzyć jako opiekuna ludzi od ognia. Oczywiście nie było jeszcze wówczas mowy o straży pożarnej, która zaczęła się kształtować na polskich ziemiach dopiero w połowie XIX w., najwcześniej w zaborze austriackim. Po odzyskaniu niepodległości strażacy obrali św. Floriana za patrona i w dniu jego śmierci, czyli 4 maja  zaczęli obchodzić swoje święto. Za czasów PRL-u Dzień Strażaka utrzymano, ale zlekceważono nawiązanie do św. Floriana i przesunięto obchody na pierwszą niedzielę po 15 maja. Dopiero w 2003 r. powrócono do tradycji i oficjalnie uznano 4 maja jako święto zawodowe. Tego samego dnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Strażaka na pamiątkę tragicznie zmarłych pięciu strażaków podczas pożaru w Mellbourne, co zainicjował ich kolega J.J. Edmondson.

– Dziś strażackie święto obchodzone jest niezwykle podniośle, praktycznie przez cały maj odbywają się liczne uroczystości jednostek PSP i OSP.
– I słusznie, gdyż jest to sposobność, aby podkreślić przydatność społeczną tej służby. W rankingach zaufania społecznego strażacy są obecnie na pierwszym miejscu. Ludzie zawsze lubili strażaków, tylko wcześniej nie było takich sondaży. W poprzednim systemie przy jakimś tragicznym wydarzeniu w gazetach pisano, że pomocy udzieliła milicja, pogotowie ratunkowe, wojsko, a o straży nie wspominano w ogóle. Jednego razu nawet tak mnie zdenerwował pewien dziennikarz, że zainterweniowałem w redakcji. Mianowicie nastąpił wybuch w wytwórni wód gazowanych i 7 kobiet znalazło się pod gruzami. W całym tym nieszczęściu szczęście polegało na tym, że wszystko działo o godz. 8.00 rano, czyli na styku zmian, kiedy w strażnicy było nas dwa razy więcej niż podczas dyżuru. Ponieważ wszystko działo się nieomal na przeciwko strażnicy, zanim dojechały inne służby, myśmy już wydostali te kobiety. Dowieźliśmy je ponadto naszymi samochodami do szpitala. Były 4 wozy i 7 kobiet, więc każdy kierowca musiał dwa razy obrócić. Tymczasem w wojewódzkiej prasie była wzmianka, że pomocy udzieliła milicja i pogotowie ratunkowe. Ten redaktor musiał mieć bielmo na oczach, skoro nie widział wielkich, czerwonych wozów, które gnały z miejsca zdarzenia do szpitala i z powrotem. Na szczęście czasy się zmieniły i wreszcie zaczęto doceniać tę ciężką robotę.

– Czy w związku z tym, że to niełatwa praca, młodzież chętnie się do niej garnie?
– Obecnie raczej nie ma z tym kłopotu, choć w przeszłości bywało różnie. Ale dzisiaj wyposażenie jest już inne, umiejętności chłopców też są większe. Był czas, że była to jedna z najgorzej opłacanych grup zawodowych. Kto mógł, to ze straży terenowej uciekał do zakładowej, bo tam były premie czy jakieś inne gratyfikacje. Na przełomie lat 70. i 80. w Kościanie znajdował się Wojewódzki Ośrodek Szkoleniowy. Byliśmy w wiodącej czwórce wszystkich ośrodków w Polsce. Obsługiwaliśmy jedną czwartą kraju, wydawałoby się więc, że nie powinno być kłopotu z obsadą załogi na kursach. Nic podobnego, zdarzało się, że szkolenia nie dochodziły do skutku, bo nie mieliśmy chętnych. Do służby trafiały też przypadkowe osoby. Najgorzej było, kiedy wprowadzono zastępczą służbę wojskową. Wprawdzie zdarzały się wyjątki i kilka osób z takiego skierowania zostawało w służbie na stałe. Ale wielu przychodziło tyko po to, by odsiedzieć wojsko, nie przejawiając większego zaangażowania. Mało kto z nich miał wykształcenie średnie, bo obowiązywał limit. Dzisiaj wygląda to już zupełnie inaczej. Oczyściliśmy służbę na tyle, że wstępują do niej ludzie zaangażowani, przygotowani fizycznie i psychicznie do wykonywania zawodu. Mądrzy i sympatyczni.

– A jak to wygląda z kobietami? Czy trafiają do służby i biorą czynny udział w akcjach?
– Jest ich coraz więcej. Czasy pod tym względem również się zmieniły, kiedyś panie nie mogły przejść tak samo przez proces szkolenia jak chłopcy. Mogły uczyć się jedynie w systemie zaocznym, o dziennym nie było mowy. Z czasem do szkoleniowców zaczęło docierać, że skoro dziewczyny czują się na siłach, by podjąć wyzwanie, to dlaczego im tego zabraniać. I szkolą się. Warunek jest jednak jeden. Będąc na służbie dziewczyna musi robić to samo co koledzy. Tutaj nie ma taryfy ulgowej, bo w akcji liczy się skuteczność. Ale nie ma z tym żadnego kłopotu, bo panie świetnie sobie radzą. Zaczynają nawet być obsadzane na stanowiskach kierowniczych. Ja sam bardzo lubiłem pracować z kobietami, bo były mocno zdyscyplinowane. Jak coś szef powiedział, to tak musiało być, nie było żadnej dyskusji.

– Wspomniał Pan o jednej z akcji dotyczącej odgruzowywania ofiar wybuchu, a czy pamięta Pan największe pożary, w gaszeniu których brał udział? Mam tu na myśli w szczególności Kościan.
– Tutaj może się pani zdziwić, bo nie pamiętam. Zadziałał mechanizm wyparcia. Przez lata czynnej służby wyzwalała się we mnie agresja zadaniowa, polegająca na tym, że muszę sprostać temu co przede mną. Po akcji zapominałem o wszystkim, a przynajmniej się starałem. W domu nigdy nie rozmawialiśmy o mojej służbie, nie przenosiłem pracy na grunt rodzinny. Obecnie obserwuję u siebie coś, co w psychologii określa się terminem wypalenia zawodowego. Ja nawet do wozu bojowego dzisiaj już nie wsiądę. Czuję wielką niechęć, choć jeździłem nim przez 40 lat. Po skończeniu 60 roku  życia nie można zresztą już wyjechać na akcję, i bardzo słusznie.