Chcę się dzielić przeżyciami

O pasji podróżowania, ale także o trudach związanych z organizacją samochodowych wypraw, o podróżach małym fiatem do Afryki i Azji rozmawiamy z Arkadym Pawłem Fiedlerem, wnukiem wybitnego podróżnika, pomysłodawcą autorskiego projektu podróżniczo-filmowego "PoDrodze".

Arkady Paweł Fiedler, wnuk wybitnego podróżnika opowiada o podróżach do Azji i Afryki.

– O tym skąd wziął się pomysł na podróżowanie małym fiatem mówiłeś już wielokrotnie. Wiemy, że to samochód z Twojego dzieciństwa, który darzysz dużym sentymentem, ale także wzbudzający zainteresowanie i sympatię przez napotykanych po drodze ludzi. A skąd pomysł na to, by te wyprawy filmować zabierając ze sobą ekipę poruszającą się drugim samochodem?
– Kiedy ruszyłem w pierwszą podróż maluchem wzdłuż granic Polski założyłem sobie, że chciałbym swoje życie zawodowe i prywatne związać z podróżami. A to oznaczało również, że chciałbym się dzielić swoimi przeżyciami. Film daje taką możliwość. Od początku zależało mi, by kręcone materiały były w jak najlepszej jakości. Chodziło więc nie o nakręcenie filmiku z wakacji rzuconego na YouTube, ale o serial, który będzie można wyemitować w telewizji. Poza tym filmy podróżnicze zawsze mnie interesowały. Z jednej strony dają mi możliwość subiektywnego pokazania odkrywanego przeze mnie świata, a z drugiej pozwalają na zarobek, z którego się utrzymuję i mam środki na kolejne podróże. Oczywiście tworzenie filmów jest jednym z elementów zarobkowania, są też książki i pokazy.

– Ekipa filmowców jest z pewnością pomocna w wielu sytuacjach, ale czy zdarzają się momenty, że przeszkadza?
Podróżują ze mną zaufani ludzie, których lubię, szanuję, na których mogę się wesprzeć. Gdyby nie oni, nie byłoby seriali. Choć oczywiście jest to także pewien kompromis, bo jadąc dwoma samochodami nie zawsze można wszędzie dotrzeć. Muszę mieć też cały czas na uwadze ekipę, za którą biorę odpowiedzialność, w tym również finansową. Zdarzają się problemy, w Afryce miałem kłopot z jednym z członków załogi. Ale mimo wszystko wiąże się z tym więcej plusów, nawzajem się wspieramy i jest raźniej. Mamy wspólny cel, jakim jest przejazd przez całą zaplanowaną trasę.

– Przed rozpoczęciem projektu PoDrodze mieszkałeś w Londynie. Osiągnąłeś stabilną sytuację zawodową, wiele osób oceniłoby ją nawet w kategoriach życiowego sukcesu. Nie miałeś obaw rezygnując ze spokoju i rzucając się w nieznane?
– Oczywiście, że miałem obawy. Inaczej byłoby, gdybym był sam, ale mam rodzinę. W mojej sytuacji rzeczywiście szaleństwem byłoby nie oglądanie się za siebie, ruszenie w drogę i romantyczne przemierzanie świata. Dlatego dogłębnie przemyślałem swoją decyzję i opracowałem plan polegający na tym, by z jednej strony się realizować, a z drugiej zapewnić byt swojej rodzinie. Stąd między innymi decyzja o dzieleniu się swoimi wrażeniami z podróży.

– A czy spotkania z publicznością, opowiadanie po raz dziesiąty, a nawet setny o tym samym, nie bywa dla Ciebie męczące?
– Nie, opowiadanie sprawia mi frajdę. Cieszę się, że ludzie są zainteresowani moimi podróżami, a jeżeli jest pełna sala, to tym bardziej mam powód do zadowolenia. Poza tym na spotkaniach poznaję nowych ludzi, czasami w jakiś sposób też motywuję ich do działania. Dociera do mnie wiele sygnałów, że po moich opowieściach z podróży do Afryki wiele osób ruszyło w świat różnymi pojazdami. To wszystko jest bardzo budujące i przekonuje mnie, że warto podejmować trud realizacji tych projektów.

– No właśnie, porozmawiajmy o tym trudzie. W końcu nic nie przychodzi łatwo, sam we wstępie swej książki „Maluchem przez Afrykę” piszesz o żmudnym procesie pozyskiwania sponsorów.
– Zgadza się, ale to jest także element mojej pracy. Tak samo jak siedząc w biurze, mamy do wykonania bardziej i mniej przyjemne rzeczy. Zdobywanie funduszy jest żmudne i czasochłonne, ale jeżeli chce się mieć efekty, trzeba się przyłożyć. A pomoc z zewnątrz jest tutaj nieodzowna. Bo podróże nie są za darmo. Jeżeli ktoś tak twierdzi, to moim zdaniem jest to tylko chwyt marketingowy lub próba zwrócenia na siebie uwagi. Podróże kosztują, a w szczególności samochodowe. Ja dodatkowo muszę utrzymać całą ekipę, do tego dochodzi proces postprodukcji serialu. To wymaga dużych nakładów.

– Czy nazwisko, które nosisz pomaga w zdobywaniu funduszy?
– Dzięki niemu na pewno jestem rozpoznawalny. Fiedler to jest marka, która daje gwarancję inwestorowi, że nie rzucam słów na wiatr, tylko jeżeli o czymś mówię, to faktycznie się tego podejmuję i to realizuję. Więc po tym kątem na pewno mi to pomaga. Choć spotykałem się także z opiniami, że skoro jestem Fiedler, to jest mi łatwo i nie muszę szukać pieniędzy.

– Wyprawa maluchem po Azji to Twoja druga – po Afryce – duża eskapada. Czy w związku z tym była łatwiejsza?
– Była o tyle łatwiejsza, że wiedziałem już czego mogę się spodziewać po maluchu i jak ta jazda będzie mniej więcej wyglądać.  Pod tym względem nie było więc żadnych niespodzianek. Miałem jednak do przejechania w tym samym czasie więcej kilometrów niż w Afryce. Z tej perspektywy trasa była więc trudniejsza.

– Porównując Twoje obie prezentacje, w tej z Afryki na pierwszy plan wysuwają się napotkani ludzie, a w Azji przeważa droga i krajobrazy. Czy tak rzeczywiście było?
– W Azji dróg było znacznie więcej, a przejechałem prawie 7 tys. km więcej niż w Afryce. I niekiedy były to kompletne pustkowia, szczególnie w Kazachstanie czy Mongolii, gdzie ludzie kumulują się w miastach i miasteczkach. W Afryce natomiast mieszkańców spotyka się na każdym kroku. Jedynie w Namibii jest trochę pustego obszaru.

– A czy coś Cię w Azji zaskoczyło? Miałeś na przykład inne wyobrażenie o niektórych miejscach?
– Sporo mnie zaskoczyło, przykładowo bardzo pozytywnie Turcja. Piękny kraj, fantastyczni ludzie, bogata infrastruktura, której się nie spodziewałem. Zaskoczeniem były także przeprawy graniczne. Obawiałem się ich, bo przed wyjazdem słyszałem wiele nieprzyjemnych historii na ten temat, tymczasem wszystko poszło gładko. Miałem jedynie problemy z wjazdem do Mongolii, czego akurat się nie spodziewałem. Inne miejsca, które zrobiły na mnie niesamowite wrażenie to przejazd Traktem Pamirskim czy miasteczko Murgab w Tadżykistanie. Oczywiście czytałem wcześniej o tych miejscach, ale i tak mnie oczarowały. Jeśli chodzi o napotkanych ludzi, to zaskoczyli mnie swoją gościnnością mieszkańcy Doliny Wachańskiej.

– Czy podczas azjatyckiej wyprawy nie obawiałeś się o bezpieczeństwo? Chociażby popularna wśród polskich turystów Turcja z uwagi na napiętą sytuację polityczną i groźbę zamachów terrorystycznych stała się niszowym kierunkiem.
– Nie miałem tego typu obaw. Odwiedzane przeze mnie miejsca nie są bardziej niebezpieczne niż Londyn, Paryż czy Berlin, gdzie także dochodziło do zamachów. Jedynie zrezygnowałem z planowanej podróży na wschód Turcji z uwagi na napięcia pomiędzy Turkami a Kurdami. Jadąc tam odbiłem w kierunku granicy z Gruzją.