Żeby na zdjęciach było ładnie

Annę Ryl i Zbyszka Warczoka tworzących razem projekt ARPINIU można spotkać z obiektywami na wielu imprezach w Kościanie i w okolicach. Rozmawiamy z nimi na temat ich zamiłowania do fotografii, początkach przygody z aparatem, a także o genezie współpracy i wspólnie realizowanych projektach.

Anna Ryl i Zbyszek Warczok

– Zacznijmy od początku. Kiedy i w jakich okolicznościach się poznaliście?
Ania Ryl: Znamy się bardzo długo, bo aż 39 lat. Jesteśmy z tego samego rocznika. Chodziliśmy razem do jednej podstawówki, choć do innych klas. Potem okazało się, że uczęszczaliśmy do tej samej szkoły średniej w Poznaniu, nawet o tym nie wiedząc.

Zbyszek Warczok: Mowa o Technikum Mechanicznym nr 1 na Dębcu. Ja uczyłem się w trybie dziennym, a Ania zaocznie w piątki i soboty. Była to kultowa szkoła, w której panowała jak na tamte czasy dość swobodna atmosfera. Klimat ten przyciągał wiele ciekawych osobowości, późniejszych muzyków, artystów i showmanów. Do naszej szkoły uczęszczał m.in. Titus z Acid Drinkers czy nieżyjący już Witek Urbański z zespołu Malarze i Żołnierze. Były tam bardzo ciekawe kierunki, takie jak poligrafia czy naprawa maszyn do pisania.

– Skąd się wzięło Wasze zamiłowanie do fotografii?
Zbyszek: Chcąc powiedzieć o źródłach mojej pasji muszę sięgnąć głęboko do historii, bo aż do 1899 r. Wtedy urodził się mój dziadek, który fotografował już przed wojną. Miał swoją ciemnię, w której wywoływał zdjęcia, robił też retusze pędzelkami. Przez pewien czas prowadził zakład fotograficzny wykonując zdjęcia do dokumentów. W czasie Wyścigu Pokoju fotografował kolarzy przejeżdżających przez Kościan. Po dziadku został mi aparat i drewniane statywy. Miałem z nim bardzo dobry kontakt. Przebywałem u niego częściej niż w domu, a od przedszkola moją główną zabawką był aparat. Zdjęcia robił nie tylko dziadek, ale również mój ojciec i siostra mojej mamy. Można powiedzieć, że moje zamiłowanie do fotografii jest genetycznie uwarunkowane.

Ania: Ja wybrałam sobie zawód fotografa po szkole podstawowej. Miałam już załatwioną praktykę u pana Szajkowskiego. Zawsze mnie te sprawy interesowały, szczególnie pod kątem artystycznym. Rozważałam też liceum plastyczne, ale w ostatniej chwili zmieniłam decyzję i poszłam do innej szkoły. Potem tego żałowałam. Zawsze lubiłam robić zdjęcia. Byłam takim rodzinnym fotografem. Dlatego nie ma mnie prawie na żadnych fotkach, bo zwykle stałam za obiektywem.

– Jak ponownie skrzyżowały się Wasze drogi?
Ania: Do ponownego spotkania po latach doszło w 2011 roku. Kiedyś przechodząc koło Kościańskiego Ośrodka Kultury dostrzegłam ogłoszenie o konkursie „Kościan sz(t)uka obiektywu”. Był to już ostatni dzień zapisów, powiedziałam sobie, co mi szkodzi. Jak się potem okazało, do konkursu zgłosił się też Zbyszek. Jako że od czasów szkolnych nie utrzymywaliśmy kontaktu, nikt z nas nie wiedział, że dzielimy wspólna pasję.

Zbyszek: Na konkurs trafiłem zupełnie przypadkowo. Poinformowała mnie o nim moja mama, która zauważyła plakat na mieście. Jego inicjatorem był ówczesny dyrektor KOK-u Janusz Dodot. Zgodnie z założeniami konkursu projekt miał się skończyć po roku, a naszą rolą było fotografowanie wszystkich imprez kulturalnych i artystycznych w mieście. Najlepsze zdjęcia miały trafić do wydanego przez KOK albumu. Zgłosiło się dwanaście osób, z czego osiem wykruszyło się już na starcie. Krótko potem odeszły kolejne dwie osoby i tak zostaliśmy tylko we dwoje.

Ania: Pamiętam, że podczas jednego z pierwszych spotkań w ramach tego projektu Zbyszek zaoferował wsparcie w sprawach technicznych dotyczących obróbki zdjęć. Jako że zawsze kiepsko dawałam sobie z tym radę, skwapliwie skorzystałam z tej propozycji. Konkurs zwieńczyła wystawa zdjęć w KOK, które można było obejrzeć na dużych odbitkach.

Zbyszek: Wernisaż cieszył się dużym zainteresowaniem. Potem czekaliśmy na wydanie naszego albumu, który był do kupienia w kościańskich księgarniach.

– Wasze spotkanie po latach nie zakończyło się jednak tylko na tym projekcie, ale zaowocowało podjęciem dalszej współpracy.
Ania: Ten rok, przez który chodziliśmy razem na te wszystkie imprezy pokazał nam, że całkiem nieźle się dogadujemy i być może warto byłoby tę współpracę rozwinąć. W tamtym czasie zajmowałam się już projektowaniem wnętrz, ale od zawsze ciągnęło mnie do fotografii. Z kolei Zbyszek był już bliski rzucenia wszystkiego w kąt. Mówił nawet o sprzedaży sprzętu. Perspektywa wspólnego fotografowania spowodowała, że zmienił plany. Zaczęliśmy kombinować jakby to razem wystartować. I tak narodził się projekt ARPINIU. Zbyszek był już wtedy znany w świecie fotografii. Robił zdjęcia na ślubach.

Zbyszek: Miałem już wtedy za sobą kilka takich uroczystości. Na pierwszym ślubie robiłem zdjęcia nie mając sprzętu. O przysługę poprosił mnie kolega. Fotografowałem wtedy taką dziwną hybrydą marki Fuji. Pamiętam też, że krótko przed ślubem zamawiałem na Allegro jakąś lampę błyskową. Jak się potem okazało, zdjęcia wyszły całkiem niezłe. Tydzień później zadzwonił ktoś z polecenia, a potem przyszły kolejne zlecenia. W końcu udałem się do Poznania celem zrobienia licencji fotografa ślubnego i sakralnego. Takie szkolenie odbywa się raz w roku i kosztuje co łaska. Bardzo miło wspominam te początki. Nie obyło się też bez śmiesznych historii. Pewnego razu nowożeńcy zażyczyli sobie zdjęć na torach w pobliżu dworca. Skończyło się tym, że pogonili nas sokiści.

– Fotografowaliście wspólnie na wielu ślubach i weselach. Czy któreś z nich zapadło Wam szczególnie w pamięci?
Zbyszek: Od razu przychodzi mi na myśl ślub ukraińskiej pary zatrudnionej w zakładach mięsnych znanego producenta. Było to chyba najdziwniejsze wesele na jakim przyszło nam robić zdjęcia.

Ania: Brało w nim udział sześć osób, para młoda, świadkowie i dwóch pracowników wydelegowanych przez firmę. Pracodawca bardzo się postarał. Uroczystość miała miejsce w pięknym ośrodku nad jeziorem. Sesja zdjęciowa rozpoczęła się z samego rana od wizyty kosmetyczki, która przygotowywała pannę młodą do ślubu. Z kolei pan młody oczekiwał w wynajętym hotelu. Robiliśmy też zdjęcia w pięknym ogrodzie i na samej uroczystości.

– Fotografia ślubna stanowiła kiedyś najważniejszy aspekt waszej działalności. Jak to wygląda obecnie?
Ania: Był czas, że braliśmy dużo weselnych zleceń. Trudno było to jednak pogodzić z pracą na etacie i prowadzeniem działalności. Obecnie nie szukamy już takich zleceń i nie reklamujemy się jako fotografowie ślubni. Zdarza się, że czasem ratujemy kogoś z opresji. Bywa, że fotografowie przez swoje gapiostwo biorą dwa śluby na jeden termin i nie mogą się wyrobić.

Zbyszek: Najbardziej problematyczna i czasochłonna jest obróbka zdjęć. Mając do przygotowania 500 fotek ze ślubu trzeba najpierw przejrzeć i dokonać selekcji spośród kilku tysięcy fotografii. Przy większej liczbie zleceń zbiera się tego tyle, że przez miesiąc nie mógłbym robić nic innego tylko siedzieć i obrabiać zdjęcia z wesela.

– Konkurs fotograficzny, w którym wzięliście udział otworzył przed Wami nowe możliwości. Pojawiły się zlecenia od miasta, nawiązaliście też współpracę z lokalnymi mediami.
Zbyszek: Zacznę od naszej współpracy z miastem, która rozpoczęła się od sfotografowania montażu kopuły na Wieży Ciśnień. Poprosił nas o to wówczas wiceburmistrz Maciej Kasprzak przerywając znienacka wybór zdjęć do wydanego przez KOK albumu. Potem przyszły kolejne zlecenia w postaci zdjęć do kalendarzy, również ze strony Starostwa Powiatowego.

Ania: W międzyczasie podjęliśmy współpracę z „Gazetą Kościańską” i portalem Koscian.net obejmującą fotografowanie imprez i koncertów. Stanowiło to kontynuację tego co robiliśmy wcześniej w ramach konkursu. Sporym wyzwaniem wymagającym od nas osobistego przełamania było fotografowanie życia religijnego mieszkańców naszego regionu w ramach fotograficznego „Projektu PKS”.  Nie było to łatwe zadanie, przede wszystkim z uwagi na obawę przed naruszeniem czyjejś prywatności. Przeżycia religijne to osobista, a wręcz intymna strefa, z którą nie każdy może mieć ochotę się dzielić. Półtora roku pracy przy tym projekcie zwieńczył wernisaż wystawy zdjęć pt. „Sacrum” w Kościańskim Ośrodku Kultury.

– Niemałą część Waszej pracy stanowią zdjęcia z koncertów. Trzeba przyznać, że często można was spotkać pod sceną.
Zbyszek: To jest to co lubimy robić najbardziej. Jako że sam kiedyś grałem w zespole, w ujęciach z koncertów staram się oddać emocje i energię panującą na scenie.

Ania: Zbyszek jest przy tym strasznie perfekcyjny, co nieraz doprowadza mnie do rozpaczy. Pamiętam jak kiedyś ustrzeliłam naprawdę fajne zdjęcie ze sceny, a on je odrzucił bo gitarzysta miał „ucięty palec”.

Zbyszek: To prawda, jestem na to strasznie wyczulony. Dłoń i gryf gitary nie powinny wychodzić poza kadr. Kiedyś jednak zdarzyło mi się dorabiać palec gitarzyście. Zdjęcie było tak dobre, że trudno było mi je odrzucić. Z fotografowaniem na koncertach wiąże się też wiele miłych wspomnień, jak choćby te z występu grupy Perfect we Włoszakowicach. Po ostatnim utworze i pożegnaniu się z publicznością Grzegorz Markowski zszedł ze sceny i obdarował Anię kwiatami.

– Fotografowanie koncertów ma swój urok. Wiąże się z tym jednak pewna niedogodność. Szukając dobrych ujęć trudno się skupić na występie artysty.
Ania: To prawda. Robiliśmy kiedyś zdjęcia na koncercie Korteza w Gostyniu. Byłam tak zauroczona jego występem, że w pewnym momencie postanowiłam odłożyć aparat.

– Obserwując Was podczas pracy za obiektywem można dostrzec, że stanowicie niezwykle zgrany duet.
Ania: Bo my się w ogóle uzupełniamy. Od początku było takie założenie, że Zbyszek ogarnia kwestie techniczne, które ma w małym palcu, a ja odpowiadam za stronę artystyczną. Dbam o to, żeby było ładnie na zdjęciach, a on żeby zdjęcia były ładne.

– W jakich momentach macie dość fotografii?
Ania: Jak długo nic się nie dzieje.

Zbyszek: Ja podobnie, ale również w takich chwilach, gdy jestem zawalony pracą.

Ania: Przy tych wszystkich zniechęceniach udało mi się namówić Zbyszka na otwarcie studia.

– Powiedzcie coś więcej na ten temat.
Anna: Zaczęło się od tego, że najpierw robiliśmy sesje w plenerze, głównie portrety i zdjęcia rodzinne. Pomyślałam, że fajnie byłoby fotografować ludzi w warunkach studyjnych. Tak się złożyło, że nadarzyła się okazja. W jednym czasie zbiegły się dwie rzeczy. Dostaliśmy w prezencie trochę sprzętu studyjnego, a naprzeciwko mojej pracowni zwolniło się pomieszczenie, które zaadaptowaliśmy na studio.

Zbyszek: Nie jest ono może zbyt duże, aczkolwiek udało nam się tam sfotografować zespół weselny składający się z czterech członków. W czasie pandemii, przy współpracy z kamerzystą Michałem Kaczmarkiem, Ukraiński duet nakręcił u nas dwa teledyski. Efekty tej pracy można zobaczyć w sieci.