Śladami „Ryb śpiewających w Ukajali”

Wiosną ubiegłego roku gościliśmy w Kościańskim Ośrodku Kultury Arkadego Pawła Fiedlera z Puszczykowa, który małym fiatem objechał Afrykę. Dziś rozmawiamy z jego ojcem, Arkadym Radosławem Fiedlerem, który pod koniec ubiegłego roku wraz z kompanami brał udział w „Ekspedycji Amazońskiej Śladami Arkadego Fiedlera ”. Nasz rozmówca jest synem słynnego podróżnika Arkadego Fiedlera.

– Amazonia to wielki obszar obejmujący część Brazylii, Wenezueli, Kolumbii, Peru, Ekwadoru i Boliwii. W którym fragmencie Amazonii panowie dokładnie przebywali?
– W części boliwijskiej, nad Rio Heath, będącej rzeką graniczną między Peru i Boliwią. Tamtejsza puszcza to miejsce szczególnie dzikie i odludne, ciągle jeszcze –  na szczęście –  nie skażone naszą cywilizacją. Do naszego obozu w puszczy płynęliśmy dwoma łodziami motorowymi przez  trzy dni, po 8-9 godzin dziennie, najpierw w górę wielkiej rzeki Madre de Dios o szerokości dwóch-trzech Wiseł pod Toruniem, następnie w górę Rio Heath (dwie Warty pod Poznaniem).

– Czy dzisiejsza Amazonia różni się od tej widzianej kilkadziesiąt lat temu przez Pańskiego ojca, Arkadego Fiedlera i opisanej m.in. w jego słynnej książce „Ryby śpiewają w Ukajali”?
– Tam gdzie byliśmy – raczej nie. Ze wzruszeniem na przykład podziwiałem podobne palmy Assai, którymi ongiś zachwycał się mój ojciec, a także piękne, wręcz bajkowe motyle Morpho o lazurowych skrzydłach, którym poświęcił niejeden akapit w swoich książkach. Mogłem też odczuwać wszystkimi zmysłami potęgę i wspaniałość amazońskiej puszczy w sposób bardzo zbliżony do tego, co dziesiątki lat temu czuł mój ojciec. Proszę sobie wyobrazić, że wokół naszego obozu, w odległości nie większej niż sto kroków, krążył jaguar, że w pobliżu grasowało stado dzikich świń pekari, że nad nami dokazywało na drzewach w sumie aż sześć gatunków małp, w tym wyjce, które budziły nas o piątej rano wyciem tak piekielnym i demonicznym, że aż ciarki chodziły człowiekowi po skórze. Jeden gatunek tamtejszych małp zwanych Lucachi, został odkryty dopiero w 2005 roku. Boliwijska część Amazonii kryje w sobie wiele tajemnic. To jest miejsce, gdzie jeszcze pewne gatunki zwierząt, roślin czy owadów nadal czekają na swego odkrywcę.

– A kwestia bezpieczeństwa? Z jakim zagrożeniem zderza się człowiek w dzikiej puszczy?
– Bezwzględnie obowiązuje tam zasada podniesionej gardy, wzmożonej czujności i uwagi. Nie wolno zapominać, że jest się bardzo daleko od cywilizacji, więc jest się zdanym tylko na siebie. Przedzierając się przez puszczę należy zawsze patrzeć pod nogi, czy po drodze nie spotkamy np. jadowitego węża. Mieliśmy w naszym obozie żararakę, jednego z najbardziej niebezpiecznych węży, którego jad może zabić człowieka. Odwiedzały nas skorpiony i wielkie jadowite pająki oraz skolopendry, ale jeśli człowiek uważa i ma oczy szeroko otwarte – wszystko jest w porządku. Przeżyliśmy raz wieczorną inwazję tysięcy mrówek, które naszły nasz obóz w wielkim pochodzie, ale udało się nam odeprzeć ich atak przy pomocy różnych repelentów. Jednak najbardziej dokuczały hordy komarów i meszek, gryzących nasze ciała nawet przez koszule i spodnie. Pamiętajmy, że to my – ludzie – jesteśmy intruzami w amazońskiej puszczy, natomiast te wszystkie gryzące stworzenia są u siebie, w swoim naturalnym środowisku i mateczniku.

– Czy Amazonia zdoła się obronić przed naporem naszej cywilizacji, tak często degradującej naturę?
– Mam nadzieję, że tak, chociaż zagrożenia są bardzo realne. Przykładem jest puszcza, w której żyliśmy. Odkryto tam złoża ropy naftowej, na które ostrzy sobie zęby boliwijski rząd, mimo że obszar ten włączony jest do chronionego prawem wielkiego parku narodowego Madidi. Żądza zysków zaczyna jednak przesłaniać zdrowy rozsądek i jeśli opór lokalnych społeczności indiańskich zżytych z puszczą okaże się zbyt słaby, ten cud natury, który mieliśmy szczęście bezpośrednio dotknąć, zniknie pod naporem buldożerów i urządzeń wiertniczych. Żeby tak się nie stało, zapewne potrzebna jest międzynarodowa presja na rząd prezydenta Evo Moralesa, czystej krwi Indianina z narodu Ajmara. Kiedyś stanowczo opowiadał się za utrzymaniem i ochroną naturalnych dóbr Boliwii, ale obecnie zmienia zdanie i dla doraźnych korzyści materialnych jest gotów poświęcić część boliwijskiej Amazonii, co będzie oznaczało ekologiczną katastrofę na wielką skalę.

– Czy napisze Pan książkę o Waszej wyprawie?
– Zdecydowanie tak. Pisząc, zamierzam konfrontować to, co widziałem i przeżywałem w Amazonii z tym, co w przeszłości widział i doświadczał mój ojciec. Chcę do mojego tekstu włączać wybrane fragmenty z jego książek, żeby w ten sposób powstał między nami ponadczasowy, serdeczny dialog oraz polemika ludzi zauroczonych Amazonią i jej niepowtarzalnym bogactwem przyrodniczym.

– A pozostali członkowie ekspedycji, jakie oni mają plany?
– O, bardzo ambitne. Tomek Siuda z Kórnika nakręcił film o naszej wyprawie, teraz go montuje i przygotowuje do emisji. Zarówno on, jak i Mileniusz Spanowicz, Polak mieszkający w Boliwii i główny organizator wyprawy oraz artysta Rafał Konieczny z Czerwonaka i były wiceprezydent Poznania Paweł Klepka z Lubonia zrobili bardzo wiele zdjęć, z których wybierzemy najciekawsze na wystawę fotograficzną w Muzeum Arkadego Fiedlera, a którą otworzymy 11 marca br. Wystawę pokażemy też w kilku miejscach Poznania.

– Czy myśli Pan o kolejnych wyprawach?
– Tak. Świadomie zamknąłem moją dziesięcioletnią przygodę parlamentarną, żeby otworzyć nową dekadę pod znakiem dalekich podróży, przywożenia intrygujących eksponatów do naszego muzeum oraz pisania podróżniczych książek. Czytelnicy moich ostatnich czterech publikacji nieźle oceniają ich poziom, co dopinguje mnie do kontynuacji. Coraz bardziej uświadamiam sobie, że nazwisko, które noszę obliguje mnie do takiej, a nie innej drogi życiowej. Drogi, bądźmy szczerzy, barwnej i kuszącej jak mało co.