Sklep pani Oli na deptaku

W maju, po 30 latach działalności, z kościańskiego krajobrazu zniknął sklep ze zdrową żywnością „Lobo”, mieszczący się przy ulicy Wrocławskiej 4. Jak mówi jego właścicielka, rzeczywistość się zmienia i nie ma co biadolić z tego powodu, a należy iść do przodu.

30 lat działalności sklepu to kawał najnowszej historii Kościana w nowym ustroju. To jak przez te lata sklep ewoluował, to także przykład rozwijającej się i zmieniającej lokalnej przedsiębiorczości.
Zanim otwarliśmy sklep, w jego miejscu funkcjonowała Centrala Ogrodnicza. Jako właściciele domu nie mogliśmy tak po prostu przejąć lokalu i wypowiedzieć dzierżawę najemcytłumaczy Aleksandra Płóciennik, właścicielka sklepu. – Kiedy w listopadzie 89 roku wywalczyliśmy prawo do dysponowania lokalem, od stycznia zmieniły się przepisy, a właściciele odzyskali automatycznie swoje utracone za komuny prawa własności.

Pani Aleksandra od samego początku nie chciała, by „Lobo” był zwyczajnym sklepem spożywczym. – Od razu wprowadziłam do sprzedaży produkty bezglutenowemówi właścicielka. – Nie wiem już nawet dlaczego wpadłam na taki pomysł. Pewnie było to spowodowane tym, że sklepów z takimi produktami było wówczas mało. A chciałam się jakoś wyróżnić.

Ale zamówiony towar nie zszedł i niestety przeterminował się. Chwyciło dopiero za trzecim podejściem. Mimo pierwszych niepowodzeń właścicielka nie rezygnowała z dalszych poszukiwań zdrowych i dietetycznych produktów. – Jak tylko byłam na jakimś wyjeździe, czy to wakacyjnym czy innym, zawsze wchodziłam do sklepów ze zdrową żywnością, żeby podpatrzeć, co oni tam mają. Ciekawe produkty kupowałam po jednej sztuce, żeby znaleźć na etykietach kontakty do producentów.

W sklepie na deptaku zaczęły pojawiać się kiełki, surówki, a z czasem cała gama produktów wegetariańskich i wegańskich, którymi interesowało się coraz więcej klientów. Były także produkty skierowane do osób muszących przestrzegać konkretnej diety, w tym bezglutenowej, bezcukrowej czy bezlaktozowej. Sami klienci mieli wpływ na to, co pojawiało się na półkach. – Słuchaliśmy klientów, chcąc jak najlepiej spełnić ich potrzeby. Czasami po jedną sztukę jakiegoś towaru trzeba było jechać 30 km. Ale klient nasz pan i najważniejsze było zawsze, by zechciał do nas wracać – zaznacza pani Ola. Dodaje, że sklep nie był najtańszy, bo zawsze w pierwszej kolejności chodziło o dobry towar.

Choć „Lobo” było małym sklepem, pracy na odwrót – zawsze było dużo. – Kiedy dorośli już synowie mnie odwiedzali, widząc telefony które wykonuję w niedzielę, strofowali mnie. Pytali: „Mama, czy ty prowadzisz supermarket, czy mały sklep spożywczy? Odpuść trochꔜmieje się pani Ola.

Ale to wcale nie było takie proste. Trzeba było nie tylko jeździć za towarem, ale również pilnować porządku w sklepie. Warzywa musiały być zawsze ładnie ułożone, a owoce wyczyszczone. Kiedy synowie pani Oli byli młodsi, sami musieli czyścić jabłka, po kilka skrzynek każdy.
Przez te wszystkie lata przez sklep przewinęło się 26 uczennic. Ponadto na stałe pracowały w nim zawsze dwie sprzedawczynie.
Miałam szczęście pracować z bardzo fajnymi ludźmi. Szczególnie dwóm ostatnim dziewczynom, Monice i Paulinie zawdzięczam dużo. Jedna z nich przepracowała ze mną 28 lat, a druga 10. Mieliśmy w sklepie prawdziwie rodzinną atmosferę.

Potwierdzeniem dla tych słów jest m.in. imponujący album wspomnień przygotowany i podarowany szefowej przez pracownice na zakończenie pracy. W albumie zatytułowanym „Ola, przodowniczka pracy” znalazły się zdjęcia wykonane na przestrzeni lat w sklepie, a także fotografie dostawców oraz prawie wszystkich praktykantek, które przewinęły się przez te wszystkie lata. Jak przyznaje właścicielka ich zgromadzenie, wywołanie i pogrupowanie musiało być bardzo czasochłonne

Skoro zatem biznes prosperował całkiem nieźle i cieszył się wypracowaną przez lata dobrą renomą w Kościanie, dlaczego właścicielka podjęła decyzję o jego zamknięciu? – Pora przejść na emeryturę, zdrowie nie pozwala mi już na intensywną pracęmówi pani Ola. Dodaje, że mimo iż sklep funkcjonował dobrze, rzeczywistość się zmienia i trzeba się z tym pogodzić. „Lobo” było w pierwszej kolejności sklepem spożywczym, a te jednak sukcesywnie znikają z centrum miasta. Powodem jest przede wszystkim wygoda klientów. – Nikt z sentymentu nie przyjdzie pieszo lub nawet nie przejedzie samochodem czy rowerem kilka kilometrów, by kupić pyry, tylko pójdzie po nie do osiedlowego warzywniakapodsumowuje pani Ola.