Pasjonat biegów i podróży

O Kościanie, podróżach i bieganiu rozmawiamy z Markiem Śliwką, zapalonym maratończykiem, właścicielem poznańskiego biura podróży Logos Travel. Nasz rozmówca jest pierwszym Polakiem, któremu udało się  ukończyć Ekstremalną Koronę Maratonów Świata. Chętnie biega też w półmaratonie kościańskim.

marek_sliwka
Marek Śliwka brał udział w tegorocznym Maratonie Błotnym w Kiełczewie, zapowiada także swój udział w kościańskim półmaratonie.

– Zacznijmy od kościańskiego epizodu w Pańskim życiu. Rodowitym kościaniakiem Pan nie jest, ale chyba spędził tu trochę czasu?
– Zgadza się. To był czas mojej, jak i żony największej aktywności zawodowej. Parę razy zmienialiśmy miejsce zamieszkania, ale Kościan przywiązał nas najbardziej pod kątem emocjonalnym. Był to na tyle długi czas, żeby nawiązać trwałe przyjaźnie, które pozostały do dziś.

– W Kościanie pracował Pan w szkole jako nauczyciel WF-u.
– Z wykształcenia jestem magistrem turystyki, a nauczycielem  zostałem trochę z konieczności. Byliśmy młodym małżeństwem bez perspektyw  na jakikolwiek lokal mieszkalny. W tamtym czasie praca w szkole dawała natomiast możliwość otrzymania służbowego mieszkania. Praca mocno nas  pochłonęła, ale zew szlaku turystycznego cały czas gdzieś wodził na pokuszenie. Wszystkie wakacje i ferie wykorzystywałem więc na  pilotowanie wycieczek. Tak  rodziło się  podróżnicze doświadczenie,  które jest – jak mówią niektórzy – drugą mądrością. Później nadarzyła się sposobność pracy zgodnej z  wykształceniem i zainteresowaniami. Zająłem się prowadzeniem biura podróży w Poznaniu i poczułem się jak ryba w wodzie. Życie nabrało barw i przyspieszyło. To był okres, kiedy w domu byłem dość rzadkim gościem.

– Czy chęć podróżowania była z Panem od zawsze, czy też zrodziła się na pewnym etapie?
– Zdecydowanie była od zawsze, już od lat pacholęcych. Początkowo były to mniejsze podróże. W pewnym momencie nastąpiło jednak duże przyspieszenie, a było to w okresie, kiedy otworzyły się granice i można było już mieć paszport w szufladzie. Byłem jednym z pierwszych,  którzy wtedy zaczynali przecierać najdalsze szlaki na wszystkich kontynentach. To był wspaniały okres odnajdywania  się w wymiarze przygody i wielkiej niewiadomej. Był to też ostatni moment na podglądanie świata jeszcze nie dotkniętego rakiem turystyki masowej.

– Czy są jeszcze takie miejsca, gdzie Pan nie był, a chciałby pojechać?
– Byłem  wszędzie… Nie ma praktycznie białych plam na mapie zwiedzania świata. Może poza Somalią. To w tej chwili wyjątkowo niebezpieczny  kraj. Ale jestem uparty i  konsekwentny, więc kiedyś i ten obszar mam nadzieję zobaczyć.

– A jakie miejsce na ziemi, w którym miał Pan okazję być, wywarło na Panu największe wrażenie?
– Chyba Antarktyda. A to za sprawą pewnych zaskakujących zdarzeń związanych z działaniem pola magnetycznego w pobliżu bieguna południowego. W niewytłumaczalny  bowiem  sposób – po kilku godzinach snu  pod namiotem – samoistnie wyleczyła  się bardzo bolesna kontuzja. Ponadto zupełnie nieoczekiwany obrót przybrał  sam  przebieg  maratonu, który uchodzi  za  jeden z najbardziej  ekstremalnych i w jego końcowej części zawodnicy zwykle słaniają się na nogach. W moim przypadku stało się na odwrót. Mniej więcej po 26  kilometrze poczułem nagle zastrzyk adrenaliny i odniosłem wrażenie, że wyrosły mi znienacka  biegowe skrzydła… Tym sposobem udało mi się wyprzedzić kilkudziesięciu zawodników i ukończyć ten niesamowicie trudny maraton na drugim miejscu w klasyfikacji ogólnej! Było to spore zaskoczenie, szczególnie dla  młodych, wytrenowanych zawodników z USA, którzy stanowili najliczniejszą grupę w  tym wyścigu.

 – Skoro wywołał Pan ten temat, porozmawiajmy szerzej o bieganiu. Kiedy zaczęła się ta przygoda?
– Przed „ pięćdziesiątką” poniosło mnie na biegowy szlak i zacząłem startować w zawodach. Był to okres powolnego uzależniania się od endorfin, bo wcześniej biegałem czysto rekreacyjnie. Nieśmiało zaczęła  się też moda na bieganie. Było coraz więcej możliwości udziału w zawodach i w sposób prawie niezauważalny, 11 lat temu, doszedłem do 80 km biegu w tygodniu. W wymiarze amatorskim pojawiły się mniejsze i większe zwycięstwa w  kategorii wiekowej, a apetyt rósł w miarę  biegania. Był okres, że trenowałem prawie tak intensywnie jak zawodnicy w klubach, jednak skończyło się to kontuzją ścięgna Achillesa. Leczenie trwało dostatecznie długo, żebym w międzyczasie wyleczył się z  nadmiernych  ambicji. Od 3 lat więc wróciłem do radosnego biegania, aczkolwiek już na zawodach adrenalina potrafi zagłuszyć zdrowy rozsądek i zdarza mi się nadal mimowolnie ścigać z innymi.

– Jednak mimo wszystko rozwinął Pan biegową pasję do ekstremalnego wymiaru, o czym świadczą występy, i to z sukcesami, w morderczych maratonach na różnych kontynentach.
– Tak się jakoś mimowolnie złożyło. Mimo, że tak naprawdę jestem przeciwnikiem sportu wyczynowego, uważam bowiem, że prowadzi do wynaturzeń. Stąd też jeżeli zdarzy mi się czasem wesprzeć  finansowo jakieś imprezy sportowe – to tylko te o masowym charakterze. Natomiast bieganie w ekstremalnych warunkach mieści się pomiędzy sportem wyczynowym a masowym. Tam mimo wszystko bardziej liczy się udział i ukończenie niż sam wynik. I to właśnie mnie uwiodło. Udział w projekcie Ekstremalna Korona Maratonów Świata  był eksperymentem na własnym organizmie – co jeszcze może z siebie wykrzesać osobnik w sześćdziesiątej wiośnie życia. Eksperyment trwał półtora roku i zakończył się pełnym sukcesem. Mam przemożne wrażenie, że udało mi się podważyć potoczne twierdzenie, iż człowiek z roku na rok coraz bardziej niedołężnieje. W moim przypadku najlepsze życiowe wyniki, oczywiście w wymiarze amatorskim, udało mi osiągnąć teraz, a zamierzam jeszcze  bardziej dołożyć do biegowego pieca. Z drugiej strony z pokorą  przyjmę  każde zrządzenie losu, które wyeliminuje mnie z dotychczasowej aktywności. Z ufnością patrzę w przyszłość. A także z nadzieją, że znajdę choćby jednego naśladowcę, który nie bacząc na metrykę  powstanie z kanapy i przejdzie na drugą – lepszą stronę barykady. Szczytem szczęścia byłoby, jeżeli  naśladowca  wywodziłby się z  Kościana…