Oskar wyleczony. Rodzina szczęśliwa

Takie historie jak Oskara napawają optymizmem i przynoszą wiarę, że wszelkie zbiórki oraz pomaganie mają sens. W kilka miesięcy po tym, jak wiele osób z naszego regionu usłyszało o poważnie chorym Oskarze Marciniaku, teraz chłopiec biega z niespożytą energią po podwórku w swoim domu w Kokorzynie.

Oskar z rodzicami i bratem Alanem.

Z 2-letnim Oskarem, jego rodzicami i starszymi braćmi spotykamy się w ciepłe, majowe popołudnie przed ich domem w Kokorzynie. Mały Oskar nie może usiedzieć na miejscu. Przybiega na chwilę do rodziców, po czym pędzi gdzieś już dalej. – Tak jest przez cały dzieńśmieje się Estera Marciniak, mama Oskara.Teraz, gdy jest ciepło synek wybiega rano do piaskownicy i aż do wieczora pozostaje na dworze.

Ci, którzy mieli okazję widzieć chłopca podczas licznych zbiórek, które były dla niego przeprowadzane, wiedzą, że jest on żywym dzieckiem. Pogodny i ruchliwy był już przed operacją jaką przeszedł, ale wówczas znacznie szybciej się męczył i miał sinawą twarz. Teraz ma rumieńce i rozpiera go energia.

Oskar urodził się z rzadką wadą serca zwaną anomalią Ebsteina. Jej istotę stanowi nieprawidłowa budowa zastawki trójdzielnej. U Oskara wada objawiała się niskimi saturacjami i szybko bijącym sercem oraz sinicą. W Polsce lekarze proponowali przeprowadzenie kilku operacji w kierunku serca jednokomorowego. Po poszukiwaniach i konsultacjach z innymi rodzicami chorujących dzieci, Esterze i Piotrowi Marciniakom udało się znaleźć klinikę w Pittsburgu w USA, w której profesor José Da Silva specjalizuje się w niwelowaniu operacyjnie tej anomalii. Rodzina nawiązała kontakt z amerykańskim szpitalem, który bez problemu zgodził się zoperować małego pacjenta. Przeszkodą były jednak  pieniądze.

Ruszyła więc zbiórka kwoty około 1,1 mln zł potrzebnej na operację i przelot do Stanów Zjednoczonych. Dzięki licznym akcjom jak kiermasze, imprezy czy wydarzenia sportowe oraz licytacje i zbiórki nakrętek potrzebną kwotę udało się uzbierać w połowie lutego bieżącego roku. – To był dla nas bardzo intensywny i pracowity czaswspomina Piotr Marciniak.Staraliśmy się być obecni na wszystkich imprezach, które niejednokrotnie także współorganizowaliśmy. Do tego zbieranie nakrętek, sprzedaż przedmiotów w internecie. Pieniądze udało się zebrać w pół roku, a właściwie nawet krócej, bo w okresie świąteczno-noworocznym wszystko stanęło na kilka tygodni.

Po zakończeniu zbiórki zaczęły się przygotowania do wyjazdu do USA. Transport medyczny zorganizował LOT, natomiast rodzina przez internet wynajęła mieszkanie w Pittsburgu. Po przylocie na miejsce musieli przejść ponad 2-tygodniową kwarantannę. Nie wynikała ona z przepisów antycovidowych narzuconych z góry, ale to szpital zalecił takie rozwiązanie. Nie była to przy tym domowa izolacja. Rodzina mogła wychodzić, a jedynie unikać tłumów. Przyznają, że starali się wykorzystać ten czas na zwiedzanie i poznawanie okolicy, a nie na niepotrzebne denerwowanie się na zapas przed operacją. Chodzili więc z Oskarem do parków i do ZOO, poznawali ludzi. Pozytywnie zaskoczyła ich niezwykła otwartość i serdeczność społeczeństwa Pittsburga, choć spotykali też osoby bardzo ceniące swoją prywatność i unikające kontaktów.

Po okresie kwarantanny stawili się w szpitalu. Najpierw lekarze przeprowadzili cewnikowanie. – Oskar zniósł je ciężko wspominają rodzice.Czuł ból. Podczas tego badania miał wypalany jeden z nerwów, który był nieprawidłowy.          

Po badaniach rodzice dowiedzieli się, że wada u ich syna jest skrajna, a zastawki są przyrośnięte do komory serca. Operacja miała za zadanie oddzielić zastawki i powiększyć zbyt małą prawą komorę serca. Zabieg trwał sześć godzin, a przeprowadzał go zespół lekarzy pod kierunkiem prof. Da Silva i jego żony Luciany. Choć nerwy w czasie jego trwania dawały się już mocno we znaki, byli otoczeni doskonałą opieką. Co godzinę przychodziła do nich któraś z pielęgniarek informując, co się aktualnie dzieje na sali operacyjnej. Ponadto w pomieszczeniu, w którym przebywali na monitorze wyświetlały się komunikaty dotyczące postępów w zabiegu. – W szpitalu podkreślali, że komfort pacjenta jest dla nich najważniejszy. Co ciekawe, mogliśmy także odprowadzić Oskara  do samych drzwi sali operacyjnej i towarzyszyć mu bezpośrednio po operacji na OIOM-ie – mówi pani Estera.

Po operacji okazało się, że przebiegła ona pomyślnie i nie trzeba było wdrażać dodatkowego planu. Tymczasem Oskar bardzo szybko dochodził do formy, trzeciego dnia po operacji już spacerował po oddziale, a czwartego został wypisany do domu.

Z kolei 6 maja, ku zaskoczeniu wszystkich, rodzice wraz z Oskarem przebywali już  domu w Kokorzynie. Była to duża niespodzianka i najpiękniejszy prezent komunijny dla starszego syna, Alana. – Oskar potrzebuje około 2 lat, żeby prawa komora urosła do swojego właściwego rozmiaru. Ale ona tak naprawdę dotychczas nie pracowałatłumaczy tata chłopca. – Już teraz widać jednak znaczną poprawę. A wszystko to dzięki naszym darczyńcom, za co jesteśmy im ogromnie wdzięczni.