Wojciech Hoffmann: Miło wspominam Kościan

Na temat młodzieńczej fascynacji muzyką, o pobycie w Kościanie, a także o 40 latach na scenie rozmawiamy z Wojciechem Hoffmannem, jednym z najlepszych gitarzystów hard rockowych w Polsce, członkiem zespołu Turbo.

Wojciech Hoffmann

– Swoje wczesne dzieciństwo spędziłeś w Gorzowie Wielkopolskim, a wieku 7 lat przenieśliście się z rodziną do Gostynia. Jak do tego doszło?
Przeprowadziliśmy się chyba w połowie października, z tego co pamiętam. Szkołę zaczynałem jeszcze w Gorzowie, gdzie miałem już kolegów. Nie bardzo byłem więc zadowolony z tej zmiany, ale wynikała ona z charakteru pracy mojego ojca. Prowadził domy kultury i delegowano go do różnych miast. Ojciec był w tym dobry, domy kultury pod jego ręką kwitły. A jak ktoś w tamtych czasach był dobry, to wzbudzał podejrzenia. Nie pamiętam już dokładnie tej konkretnej sytuacji, czy sam zrezygnował z posady w Gorzowie, czy był do tego zmuszony, ale w każdym razie objął stanowisko dyrektora w Gostyniu.

Czy ojciec był w jakiś sposób zawodowo związany również z muzyką?
– Wiem, że miał coś wspólnego z operetką gliwicką. Tam się zresztą poznali z moją mamą. Jednak przed wojną i jeszcze krótko po niej zajmował się dekorowaniem wnętrz, a konkretnie aranżacją wystaw sklepowych. Potem zrobił uprawnienia na pracownika kultury i amatorskiego reżysera teatralnego. W rodzinie Hoffmannów zawsze jednak muzyka gdzieś się przewijała, m.in. dziadek grał na skrzypcach. Zresztą na przełomie wieków wychowywało się dzieci w poszanowaniu do sztuki, rozwijając doznania psychiczno-emocjonalne związane z kulturą. W przeciwieństwie do dnia dzisiejszego.

– To właśnie w Gostyniu narodziły się Twoje zainteresowania muzyczne?
– Tam się zdecydowanie rozwinęły. Pamiętam, że jak miałem jakieś 5 lat, to śpiewałem piosenki Jerzego Połomskiego, Marii Koterbskiej. Wtedy słuchało się dużo radia, w którym dominowała klasyka. Kiedy natomiast przyjechaliśmy do Gostynia, a był to 1962 r., zaczęła się rodzić muzyka rock and rollowa. Pojawiły się takie grupy jak Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni itp. I te wszystkie zespoły przyjeżdżały wówczas do Gostynia. A ja jako siedmiolatek siedziałem na balkonie i wpatrywałem się w scenę z ogromnym przejęciem. Te światła reflektorów, tak naprawdę marne, ale wówczas dla mnie zjawiskowe… Patrzyłem na te ruchy, na energię wykonawców, na te saksofony i gitary. Po występie szedłem do garderoby, a tata mnie wszystkim przedstawiał. Wtedy postanowiłem, że ja też tak chcę stać na tej scenie. Po koncertach wracałem więc do domu, brałem do ręki gitarę akustyczną, którą mieliśmy i coś tam rzępoliłem na jednej strunie udając Presleya. No a potem pojawiły się Czerwone Gitary i to już był zupełny odlot.

– Często wspominasz swe zauroczenie Czerwonymi Gitarami, grałeś zresztą nawet przez jakiś czas w tym zespole. Co takiego ma w sobie ta muzyka, nieco inna niż ta, z którą jesteś bardziej kojarzony?
– To miłość z lat młodzieńczych. Tamten ich koncert mnie po prostu zmiażdżył. Doskonale pamiętam te gitary, to byli prawdziwi rockmani. Zresztą cała widownia wówczas szalała, połowa krzesełek po tym koncercie była połamana, ojciec miał duże straty. Te piosenki były wówczas dla takich dzieciaków jak ja – melodyjne i chwytliwe. Tacy polscy Beatlesi, ale o tyle lepsi, ze śpiewali po polsku, więc wszystko rozumiałem. Ta fascynacja utrzymywała się przez wiele lat, choć z czasem pojawiały się kolejne znaczące dla mnie zespoły. Kiedy chodziłem do liceum, co przypadło na lata 70., zakochany byłem w Purple’ach czy Zeppelinach, ale Czerwone Gitary nadal pozostawały na piedestale. Gitary były już wówczas inne – szybsze i mocniejsze, ale tak naprawdę pobrzmiewały w nich dźwięki Klenczona.

– Opowiedz trochę o wątku kościańskim, który przewinął się w Twojej biografii. Jak tu trafiłeś?
– Kościan pojawił się w 1972 r. Miałem wówczas amatorski zespół razem z basistą Zbyszkiem Tomczakiem, graliśmy chałtury. Był jednak problem ze składem. Na szczęście przyszedł do nas klawiszowiec Piotrek Szyszka, a Zbyszek powiedział, że jest taki świetny perkusista z Kościana, a nazywa się Benek Skałecki. No to dawaj go tu – powiedziałem od razu. Benek przyjechał i jak zaczął grać, to kopara mi opadła. Od razu go przyjęliśmy. Po maturze jednak ja pojechałem do Poznania, gdzie uczęszczałem do radiowo-telewizyjnego technikum pomaturalnego. Zbyszek został w Środzie, Benek wrócił do Kościana. Pewnego dnia powiedział, że w Kościanie  dyrektor ośrodka kultury kupił świetny sprzęt i moglibyśmy tam robić próby. Zgodziłem się i co niedzielę przyjeżdżałem do Kościana. Dyrektorowi Bąkowi spodobało się to, co gramy. Wiedział też, że nie chcę iść do wojska. Powiedział, że wojsko się załatwi, a on mnie zatrudni. I tak też się stało. Zamiast w kamasze, zostałem przyjęty na oddział słynnego kościańskiego “psychiatryka”. Spędziłem tam dwa miesiące, tak naprawdę tylko nocując na oddziale, a dni spędzając w domu kultury. Potem mieszkałem na stancji u pewnej miłej babci, niedaleko restauracji “Stylowa”. Trwało to niecałe dwa lata. Z czasem zacząłem już grać w zawodowym poznańskim zespole Heam, ale cały czas robiłem z kolegami chałturki. Na jednej z prób, jakoś w 1973-74 r. poznałem Witka Łukaszewskiego. Ukląkł wówczas pod sceną i krzyknął w moją stronę “Mistrzu!”. Cały Witek. Chałtury skończyły się definitywnie dopiero w 1980 r., kiedy zacząłem już grać w Turbo. Kościan stał się przeszłością, ale bardzo miłą.

– Pojawiasz się jednak w naszym mieście od czasu do czasu, chociażby w tym roku w styczniu zagrałeś na koncercie “Za wolność”. Podtrzymujesz zatem kościańskie znajomości?
– Nie bardzo, bo nie ma na to czasu. Sporadycznie z tutejszymi muzykami napiszemy sobie coś na Facebooku. Nie przepadam zresztą za spotkaniami przy piwie i ględzeniu o niczym. Chociaż jak koledzy poproszą, by coś wspólnie zagrać, to się godzę. Stąd ten ostatni koncert. Czasem grywam jeszcze z Witkiem, ale on już obecnie w Kościanie też nie mieszka.

– Turbo to kawał historii, zresztą tak samo cała Twoja działalność artystyczna.  Czy wiele się zmieniło przez te wszystkie lata?
– W zasadzie nic się nie zmieniło. Kiedy wstaję rano z łóżka myślę dokładnie to samo co w 1980 r., wciąż mam w sobie rock and rolla. Tylko PESEL jest jaki jest, lustra też coraz gorsze  produkują. W tym roku mija 40 lat mojego zawodowego grania, za trzy lata będziemy mieć 40-lecie Turbo. Nie wiem jak to minęło… W każdym razie z okazji 40-lecia planuję duży koncert w październiku, chcę zaprosić chłopaków z Non Iron, może też Heam się uda reaktywować na ten jeden koncert. Być może pojawi się też część Czerwonych Gitar z Jurkiem Skrzypczykiem, Mietkiem Wądołowskim, Arkiem Malinowskim. Nie będzie mogło też oczywiście zabraknąć Turbo. Dzisiaj gramy cały czas tę samą ostrą muzykę, ubolewam jedynie, że poza “Dorosłymi Dziećmi” nie puszczają nas praktycznie wcale rozgłośnie radiowe. A dzisiaj, jeśli nie ma cię w mediach, trudno jest zapełnić sale koncertowe. Zachowałem jednak niezależność i nikt nigdy nie mówił mi co mam robić. To duża wartość.