Trzeba mieć pomysł na zdjęcie

O początkach swojej fotoreporterskiej przygody, najciekawszych zdjęciach, a także tajnikach zawodu rozmawiamy z Bogdanem Ludowiczem, autorem tysięcy zdjęć z ziemi kościańskiej, fotoreporterem „Panoramy Leszczyńskiej”.

Bogdan Ludowicz, autor tysięcy zdjęć z ziemi kościańskiej.

– Jak się zaczęła Pana przygoda z fotografią?
– W zasadzie przypadkiem. Pracowałem w Poznaniu, w ogólniaku jako belfer, kiedy zmarł mój ojciec. To był koniec października 1969 r. W Kościanie została mama z młodszym bratem i rodzinny zakład fotograficzny istniejący od 1938 r. Żal było rezygnować z pracy, ale co było robić. Pozostałe rodzeństwo rozjechało się po Polsce, było już żonate i dzieciate, a ktoś musiał wesprzeć mamę, bo z wdowiej renty trudno było wyżyć. Padło więc na mnie. Czasy były wówczas jednak niesprzyjające do prowadzenia firmy, prywaciarz wzbudzał pogardę. Chciała nawet przejąć nas spółdzielnia, ale to się nie udało. A potem spotkałem się z Jurkiem Zielonką, i tak zaczęła się moja współpraca z prasą.

– Która trwa do dzisiaj.
– No tak. Najpierw współpracowałem z „Głosem Wielkopolskim”, później była „Gazeta Poznańska”.
A potem Jurek przeszedł na kierownika „Poznańskiej” do Leszna, a ja razem z nim. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa robota, informacje codzienne plus cała strona raz w tygodniu. Trudno było to pogodzić z działalnością zakładu, więc z czasem z niego zrezygnowałem. Ale stało się to już w „Panoramie Leszczyńskiej”. Fajna to była robota, wszyscy pracowaliśmy wtedy w jednej firmie, czyli Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej zwanej przez nas „koncernem”. Koncern oczywiście był partyjny. Bo jeśli się nie pracowało w stricte katolickiej prasie, to każda inna była państwowa. Natomiast dziennikarz miał zupełnie inny status niż dzisiaj. Dyrektorem „koncernu” był Jacek Świgoń, bardzo fajny człowiek, koniarz z zamiłowania, dzisiaj prowadzi „Konia Polskiego”. Drugą postacią, od której bardzo dużo się nauczyłem był, niestety już nieżyjący, Tadeusz Donarski, świetny grafik książkowy i prasowy, również miłośnik koni.

– Przez ponad 40 lat Pana pracy powstały tysiące zdjęć. Które są niezapomniane i najważniejsze?
– Trudno powiedzieć. Zrobiłem fotki wielu wybitnym postaciom, wszystkim naszym współczesnym prezydentom i premierom. Jeśli chodzi o ludzi to najbardziej jestem dumny ze zdjęć papieża. To było w Gnieźnie podczas jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Swoją drogą, to ciekawa historia – reporter prasy partyjnej jechał fotografować papieża. Zapomniałem zdjąć zatknięty za osłonę słoneczną kartonik z napisem „Gazeta Poznańska organ KW PZPR”. Jak mnie zobaczył jeden z milicjantów w tym samochodzie, powiedział, bym to odkleił, bo mi szyby powybijają. Nie powybijali, a ja mam w archiwum zdjęcia tego wielkiego Polaka. Zresztą robiłem więcej zdjęć dla biskupa i parafii, czym zainteresowało się SB. Przyszli kiedyś do mnie na rozmowę i mówią: „panie Ludowicz, pan blisko z księżmi żyjesz, nas wiele spraw interesuje, a my zrewanżujemy się panu państwowymi zleceniami”. A ja im na to: „Panowie, kiedyś chciałem pracować w milicyjnej izbie dziecka. Wtedy mnie nie przyjęliście, a teraz jestem fotografem”. I dali mi już spokój.

– A wpadki też się zdarzały? Albo jakieś nieudane zdjęcia z ważnych wydarzeń?
– Nieudane to raczej nie, chociaż miałem kilka wpadek. Przyjechałem kiedyś do redakcji w Lesznie i słyszę od progu: „Bogdan, jedziesz do Rydzyny, bo Gierek przyjechał”. No więc wracam do samochodu i jadę. Tymczasem aparat został w redakcji na półce. Na szczęście zdążył mi go dowieźć kierowca. Albo inne zdarzenie. Kupiłem sobie taki aparat fotograficzny, zorkę, w którym celownik optyczny był z boku. Bardzo fajny, płaski, bez problemu zmieścił się w kieszeni. No i jest impreza, pochód pierwszomajowy. Zrobiłem najpierw zdjęcia klasycznym aparatem, po czym wyciągnąłem zorkę. Nastawiam się, bach – jedno ujęcie, potem drugie. I nagle podchodzi do mnie młody harcerz i mówi: „panie, jak pan udajesz, że robisz zdjęcia, to przynajmniej zdejmij pan ten dekiel…” A ja zupełnie o nim zapomniałem, bo przez lunetkę z boku widziałem każdy kadr.

– Sposób pracy fotoreportera na przestrzeni lat bardzo się zmienił. Kiedyś zdjęcia robił jeden fotograf, teraz podczas imprez pojawia się armia pstrykaczy. Jak Pan do tego podchodzi?
– Nie przeszkadza mi to, byle nie wchodzili w kadr. Coraz więcej osób fotografuje teraz tabletami, przez co ma wyciągnięte ręce. To jest tak jak w tej piosence „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”. Zdjęcia też może robić każdy, tylko nie każdy zostanie fotografem. To wbrew pozorom trudna sztuka. Weźmy na przykład fotografowanie zawodów konnych. Nawet mając dobry sprzęt i ustawiając sobie serię zdjęć, zdjęcie może nie wyjść. A dawniej musieliśmy sobie radzić. Trzeba było tak samo wyliczać najazd na przeszkodę jak jeździec. Najpierw przygotowanie, raz, dwa i pstryk – łapało się jeźdźca i konia. Ta zasada zresztą się nie zmieniła do dziś, ale korzystając z szybkich migawek człowiek jest pewniejszy, że zdjęcie wyjdzie.

– A jaki jest klucz do dobrego zdjęcia?
– Najważniejszy jest pomysł. W przypadku reportażu sama akcja narzuca ujęcia, ale fotografując kwiaty, martwą naturę, czy jedzenie trzeba starać się coś wydobyć, szukać nietypowych ujęć. Każdy początkujący fotograf powinien przejść przez szkołę analogową albo przynajmniej nie korzystać z rozwiązań technicznych aparatu. Fotografia analogowa uczy zastanowienia się nad tematem i dobrej techniki. Oczywiście robiąc zdjęcia warto też korzystać z dzisiejszych ułatwień, ale posiłkując się tylko nimi, nie pozna się tajników fotografii.

– Co Pan lubi najbardziej fotografować?
– Zdecydowanie przyrodę. Kocham naturę i zwierzęta. Ale to nie tylko to, przyroda jest nieprzewidywalna, tak samo jak teatr czy żeglarstwo, gdy wieje piątka. Nie przepadam natomiast za sportem, który często jest powtarzalny. Dajmy na to żużel – w każdym meczu będą podobne sytuacje i ujęcia w kadrze, chyba że będzie kraksa.