Marcin Dobas: Trzeba marzyć i być upartym

O fotografii, wielkich celach i codzienności rozmawiamy z Marcinem Dobasem, fotografem magazynu National Geographic, laureatem prestiżowych nagród fotograficznych, ambasadorem marki Olympus, który był bohaterem kwietniowego „Spotkania z Podróżnikami” w Kościanie.

– Co było najpierw – fotografia czy podróże?
– Zaczęło się od fotografowania we wczesnej podstawówce. Miałem radziecki aparat Łomo ŁK-A, który dostałem od taty. Była ciemnia w łazience, kuwety, powiększalnik. To był mój pierwszy świadomy kontakt z fotografią. W szkole średniej również robiłem trochę zdjęć, ale bez szaleństw. Wszystko przyspieszyło na studiach. Byłem na geologii, w związku z czym mieliśmy dużo wyjazdów. Powstawały potem z tego slajdy i pierwsze pokazy. I tak już poszło siłą rozpędu. Podróże też były w moim życiu od dziecka. Tata był przewodnikiem, współpracował z dużym biurem podróży, dzięki czemu jeździliśmy w różne miejsca.

– Pamiętasz swoją pierwszą samodzielną podróż?
– Była to wyprawa do Maroka, po pierwszym roku studiów. Zajęła pięć tygodni i obejmowała przejazd przez Europę, następnie przez Maroko po Saharę i z powrotem.

– Jesteś również ratownikiem górskim. Jak zaczęła się ta przygoda i czy znajdujesz jeszcze czas na pracę w tym charakterze?
– Pasją do gór również zaraził mnie tata. Kiedyś dużo się wspinał na wysokie szczyty, w 1978 r. brał udział w wyprawie na Makalu. Środowisko, w którym się obracał składało się z geologów, TOPR-owców i GOPR-owców. Znajomi taty byli dla mnie wzorem, też chciałem taki być. Dlatego otarłem się o różne formacje ratownicze, m.in. działałem w Ochotniczej Straży Pożarnej. Dzisiaj faktycznie mam już znacznie mniej czasu, dlatego straż pożarna zeszła na bardzo daleki plan, ale dyżury w GOPR pełnię nadal. Jest to stosunkowo mało absorbujące, gdyż wygospodarowuję co jakiś czas 1-2 tygodnie i wyjeżdżam w góry. Lubię ten rodzaj aktywności i pomaganie innym, dlatego nie chcę tego odpuszczać.

– Jak wygląda typowy dzień Marcina Dobasa? Oczywiście jeśli nie jesteś w podróży albo nie prowadzisz akurat spotkania czy warsztatów.
– Tak naprawdę to dość monotonnie. Zawodowa fotografia w dzisiejszych czasach wymaga wykonywania mnóstwa żmudnych czynności. O ile praca w terenie i robienie zdjęć jest bardzo przyjemne, to później trzeba cały materiał zgrać, opisać, wywołać. Do tego dochodzi utrzymywanie kontaktów z klientami, marketing, facebook, prowadzenie bloga. I wszystko trzeba tak naprawdę ogarnąć samemu. Bo o ile opis zdjęć można jeszcze komuś zlecić, to już ich wywoływania nie chcę nikomu powierzać. Podobnie jest z facebookiem. Można oczywiście zlecić jego prowadzenie agencji, ale wówczas nie ma już w tym ręki fotografa.

– Czy poza fotografią przyrodniczą i krajobrazową zajmujesz się innymi tematami?
– Sam siebie określam mianem fotografa podróżniczego. Jest to na tyle szeroka dziedzina, że można w nią wrzucić fotografię przyrodniczą i krajobrazową, ale również ludzi, reportaż, zdjęcia podwodne i z powietrza. Czyli innymi słowy tam gdzie jedziemy, dokumentujemy pełen obraz tego miejsca. I to mnie pociąga, natomiast mam niewielką styczność z fotografią beauty czy aktem.

– W swojej pracy całkowicie wyeliminowałeś lustrzankę. Czy rzeczywiście można się bez niej obejść chcąc robić dobre zdjęcia?
– Jestem zdania, że tak. Pamiętajmy, że sprzęt ułatwia nam pewne rzeczy, ale jest tylko narzędziem. Uważam, że w branży fotograficznej zbyt wiele wagi przykłada się do tego tematu. Tymczasem malarze rozmawiają między sobą o obrazach, a nie o pędzlach. Wszystko też jest kwestią tego, w jaki sposób pracujemy. Jeżeli mamy przy sobie osobę, która z nami jeździ, nosi sprzęt, a także stać nas, by dopłacić za przewożenie nadbagażu, nie ma problemu. Ale w fotografii podróżniczej często trzeba przejść przez jakieś pasmo górskie, pokonać wiele kilometrów, czasem zanurkować. W tej sytuacji konieczny jest lekki i poręczny sprzęt. Dawniej funkcjonował klasyczny podział na kompakt i lustrzankę. Ten pierwszy był dla amatorów, a drugi dla profesjonalistów. Ale obecnie pojawiło się coś, co łączy te sprzęty, czyli bezlusterkowce. Te aparaty mają wymienną optykę tak samo jak lustrzanki, zapisują obraz w rawach, tak jak lustrzanki. Oferują więc de facto to samo, ale zminiaturyzowane. Według mnie to przyszłość fotografii.

– Na co zwrócić uwagę zaczynając swą przygodę z fotografią? Nie oczekuję wykładu, ale małej podpowiedzi.
– To proste – robić zdjęcia. Jeśli chcemy się rozwijać, powinniśmy ich robić jak najwięcej, a potem przeglądać i analizować. Dobrze jest mieć też osobę, która będzie dla nas wzorem, spojrzy na nasze fotki, coś podpowie. Bardzo fajnym rozwiązaniem jest też oglądanie prac innych, ale z zastanowieniem i próbą znalezienia odpowiedzi, co nam się w nich podoba.

– Nie mogę nie zapytać Cię o pracę dla magazynu National Geographic Polska. Jak doszedłeś do tego, o czym marzy wielu fotografów?
– Poświęciłem temu obszerny fragment w mojej książce zatytułowanej „Fotowyprawy, czyli dziewięć opowieści o fotografii”. Odpowiadając teraz w wielkim skrócie – kluczowy był upór. Nie poddawałem się, kiedy wysyłając kolejne zdjęcia do redakcji wciąż otrzymywałem negatywną odpowiedź. Myślałem: nie tym razem, to może uda się kolejnym. By zacząć się liczyć, na pewno istotne są nagrody w konkursach fotograficznych. Dla mnie takim przełomowym momentem było zdjęcie stada owiec wyróżnione w Wielkim Konkursie Fotograficznym National Geographic, które trafiło na pulpit fotoedytorki magazynu. Wówczas zaczęto mnie już kojarzyć. Kolejna rzecz, na którą nie mamy już specjalnego wpływu, to zbieg szczęśliwych zdarzeń. To może być jakaś przypadkowa rozmowa, poznanie odpowiedniej osoby. Ta praca była moim marzeniem, które się ziściło. Teraz mam kolejny cel, jakim jest współpraca z główną siedzibą magazynu w Waszyngtonie. Może kiedyś się uda…