Jacek Silski – mój przyjaciel

Z Krzysztofem Zalesinskim z Wonieścia, założycielem fanklubu Eleni, rozmawialiśmy już w ubiegłym roku. Wówczas opowiadał nam o swoich kontaktach z artystką, teraz mówi o Jacku Silskim, którego jest wielkim fanem.

Krzysztof Zalesinski zawsze lubił muzykę polskich artystów. Słucha jej z radia i płyt, jak tylko może jeździ na koncerty w okolicy, ale również – jeśli pojawia się okazja – stara się spotkać i porozmawiać z wykonawcami przed lub po koncercie. – Mam dwóch starszych braci, których „wielki świat” w ogóle nie interesuje – śmieje się pan Krzysztof. – Tylko ja z całej rodziny się trochę wyróżniałem. Dla mnie nie ma problemu, żeby do kogoś podejść, porozmawiać, nawet jeśli jest panem czy panią z telewizji. Przecież to jest normalny człowiek.

Mieszkaniec Wonieścia Eleni zna osobiście już 36 lat, cały czas utrzymują ze sobą kontakt. Z Jackiem Silskim, piosenkarzem ze Śląska nazywanym polskim Julio Iglesiasem, zna się od trzech lat.
A wszystko zaczęło się od koncertu artysty w Ciechocinku. – Byłem tam w sanatorium – wspomina Krzysztof Zalesinski. – Któregoś wieczoru miał się odbyć koncert Jacka. Kojarzyłem jego piosenki z telewizji TVS i nadawanej tam Śląskiej Listy Szlagierów. Z ogromną ciekawością wybrałem się więc na ten koncert.

Ponieważ impreza była kameralna, nic nie stało na przeszkodzie, by po koncercie podejść do artysty i zamienić z nim parę słów. – Jacek okazał się być przesympatycznym i bezpośrednim człowiekiem – mówi Krzysztof Zalesinski. – Bardzo szybko przeszliśmy na ty. Powiedziałem mu kilka słów o Eleni, okazało się, że też jest jej wielkim fanem, choć dotąd jeszcze nie mieli okazji się spotkać.

Rozmowa obu panów jeszcze tego samego wieczoru wykroczyła poza typową relację fan-artysta, bo okazało się, że nadają na tych samych falach i mają podobne doświadczenia życiowe. – Najbardziej w Jacku cenię to, że jest skromnym człowiekiem, nie udaje gwiazdy i nie pcha się na afisze. Tak samo zresztą jak Eleni, która nigdy nie zabiegała o to, by być pokazywaną w telewizji. Mimo to, od wielu lat ma niezmiennie duże grono fanów.

Jacek Silski w tym roku wydał swoją siódmą płytę zatytułowaną „Sercem do serc”. Znalazły się na niej utwory Gorana Korana, chorwackiego piosenkarza, z tekstami Polaka. Silski jest również solistą Królewskiej Orkiestry Symfonicznej przy Pałacu w Wilanowie, w przeszłości współpracował także z teatrami muzycznymi i operami. – Kiedy mam chandrę lub gorszy dzień, włączam sobie muzykę Jacka i od razu lżej się robi na duszy – przyznaje pan Krzysztof. Występów swojego idola stara się nie opuszczać, szczególnie gdy mają one miejsce w Wielkopolsce. Z pewnością na długo utkwi mu w pamięci koncert w Gostyniu, który odbył się w marcu tego roku. Jacek Silski miał bowiem urodziny i z tej okazji pan Krzysztof podarował mu namalowane przez siebie dwie okładki jego płyt przedstawiające wizerunek artysty. – Mam trochę zdolności plastycznych, choć rzadko maluję, bo to wymaga czasu i poświęcenia – przyznaje mieszkaniec Ziemi Kościańskiej. Prezenty zostały położone na scenie i przez cały koncert wszyscy mogli je podziwiać. Po zakończeniu koncertu Jacek Silski przedstawił zgromadzonym autora obrazów i publicznie mu podziękował nazywając swoim przyjacielem. – Zaskoczył mnie tym bardzo, nie spodziewałem się aż takiego wyróżnienia – przyznaje pan Krzysztof.

Miła niespodzianka spotkała go również przy okazji koncertu, który odbywał się w Poznaniu. – Zadzwonił do mnie Jacek mówiąc, że gra akurat w Poznaniu, więc mam przyjechać. A to był koncert zamknięty. Pojechałem jednak i bez żadnego zaproszenia idę korytarzem do drzwi, przy których zatrzymała mnie pani z kontroli mówiąc, że na ten koncert nie wejdę, bo to zamknięta impreza. Nie protestowałem czekając na rozwój wydarzeń. Nagle pojawił się Jacek i jak tylko mnie zobaczył mówi: ja zaprosiłem tego pana, to mój osobisty gość. I wszedłem jak gdyby nic dostając miejsce w pierwszym rzędzie. Ale to jest cały Jacek. Szczery i nie wywyższający się.