W cieniu pałacu Chłapowskich

Na temat wykształcenia, zainteresowania rodem Chłapowskich i Ziemi Kościańskiej, a także o trudach związanych z pisaniem książek historycznych rozmawiamy z dr. Emilianem Prałatem z Turwi, autorem serii "Miejsca i Sztuka", a także prelegentem comiesięcznych spotkań z cyklu "Z historią przy kawie" odbywających się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kościanie.

– Jak to się stało, że skończył Pan dość nietypowy kierunek studiów, jakim jest historia sztuki?
– Zawsze fascynowała mnie historia, choć historia sztuki wyniknęła trochę z przypadku. Miałem już nawet indeks na biologię, gdyż właśnie z tego przedmiotu zdawałem maturę. Ostatecznie przeważyła historia i cieszę się, że jednak w tę stronę skierowałem swoje kroki. Co do historii sztuki panuje powszechna opinia, że jest ona zamkniętym kierunkiem i trochę ekscentrycznym. Coś w tym jest, tym niemniej to dział, w którym nie da się pójść jednotorowo – trzeba czerpać z wielu różnorodnych dziedzin, np. z psychologii czy psychoanalizy, które są jednymi z kluczowych elementów metodologii badawczej. Historia sztuki rozwija i zmusza do patrzenia na otaczający świat w nieco innej perspektywie.

– W Pana edukacji uniwersyteckiej pojawiły się też filologie: chorwacka i serbska oraz bułgarska. Dlaczego akurat te?
– Początkowo zastanawiałem się nad studiowaniem bardziej popularnych języków, ale doszedłem do wniosku, że tych można nauczyć się dziś praktycznie wszędzie. Z kolei znajomość serbskiego, chorwackiego czy bułgarskiego umożliwia porozumienie się z mieszkańcami niemal całych Bałkanów, a to jest już jedna czwarta Europy. Poza tym językowo i kulturowo jest to obszar bliski naszemu, co również brałem pod uwagę. Dziś jednak dostrzegam, że mimo tych podobieństw, są też i różnice między nami, głównie w mentalności.

–  Ale “popularnymi” językami też się Pan zapewne posługuje?
– Znam angielski i niemiecki. W liceum uczyłem się jeszcze hiszpańskiego, ale niestety sporo wypadło, bo nie był używany. Przez jakiś czas uczyłem się też rosyjskiego, jednak jest to znajomość wyłącznie pasywna. Choć wierzę, że zdołam jeszcze wrócić do tego języka, bo gdyby udało się go opanować, wówczas świat Słowiańszczyzny stanąłby przede mną otworem. Nienajgorzej natomiast radzę sobie z łaciną, co zawdzięczam historii sztuki i wspaniałej łacinniczce. A ten język jest w mojej pracy bardzo przydatny.

– Porozmawiajmy o tym, z czym większość mieszkańców Ziemi Kościańskiej Pana kojarzy, czyli z badaniem historii naszego regionu, a w szczególności rodu Chłapowskich. Skąd zainteresowanie tym obszarem?
– Miejsce mojego zamieszkania to Turew. Dosłownie i w przenośni wychowywałem się zatem w cieniu pałacu Chłapowskich. Moi dziadkowie jeszcze pamiętali ostatnich właścicieli z tego rodu, więc przemycali sporo opowiastek i anegdot z nimi związanych, tym samym zasiewając pewne nasionko ciekawości i chęci eksplorowania tego tematu. I tak to się zaczęło. Z kolei historia sztuki te zainteresowania rozwinęła, jeżeli chodzi o artystyczną stronę działalności Chłapowskich na Ziemi Kościańskiej czy szerzej w Wielkopolsce. Z biegiem czasu udało się znaleźć kolejne materiały i kilka tajemnic odkryć. Natomiast pierwsza książka z cyklu “Miejsca i Sztuka” dotycząca Turwi powstała przypadkowo. Początkowo miał to być krótki artykuł konferencyjny o przypałacowej kaplicy. Niepostrzeżenie rozrósł się jednak do 100 stron. Nie można było już tego wydać w formie artykułu i wówczas zapadła decyzja o książce. To pierwsza pozycja z serii, z której nie jestem jednak zadowolony i dlatego będzie jej reedycja w przyszłym roku.

– Widząc kolejno powstające książki można odnieść wrażenie, że wysiłek związany z ich wydaniem nie jest duży. Domyślam się jednak, że wcale tak nie jest.
– To prawda. Bywa bardzo ciężko z pozyskaniem środków na wydanie książek, a do wszystkich dotychczas wydanych trzeba było dołożyć z własnej kieszeni. I mówię tutaj tylko o kosztach samego wydania, nie uwzględniając takich kwestii jak korekty, dojazdy do archiwów czy zamówienia skanów pewnych materiałów i wykupienia praw do ich publikacji. Mam jednak nadzieję, że udało się już pokonać barierę wyczekującej niepewności, czym ta seria faktycznie jest i czy warto zainwestować w jej kolejne części. Tym bardziej, że mamy się czym pochwalić na Ziemi Kościańskiej.

– Tempo ukazywanie się książek jest imponujące, w czerwcu Rąbiń, a już w sierpniu mieliśmy Racot. Do tego wiele imprez i  wydarzeń, w których bierze Pan udział. Wolnego czasu pozostaje chyba już niewiele?
– Ten rok pod względem pracy jest rzeczywiście zabójczy. Od półtora roku nie miałem wolnego weekendu. Gdy piszę, zaczynam o siódmej rano, a kończę w późnych godzinach, praktycznie dzień zlewa się z nocą. Kiedy jednak wpada się w wir pracy, te tematy wciągają. Ponadto zauważyłem, że to, co mnie ujmuje, spotyka się też z uznaniem czytelników. To niezmiernie miłe, kiedy mieszkańcy danej miejscowości bardzo ciepło wypowiadają się o publikacji albo mówią, że czegoś nie wiedzieli, a dzięki książce udało im się to odkryć. A jeszcze sympatyczniejsze jest to, kiedy sami przynoszą materiały. To jest satysfakcja, która wynagradza wszelkie trudy.

– Promocje Pana książek odbywają się z wielkim rozmachem. Potęguje je jeszcze obecność znamienitych gości, jak np. potomków rodziny Chłapowskich w przypadku Rąbinia, czy też księcia Benedykta w Racocie. Sam jest Pan ich inicjatorem?
– Tak, gdyż dostrzegam wielką rolę promocji. W dzisiejszych czasach publikacja książki stanowi duże wyzwanie, ale wydanie jej i zainteresowanie odbiorcy, to już zadanie karkołomne. Szczególnie, jeśli dotyczy ona tematyki historycznej do najłatwiejszych nie należącej. Trzeba zatem odpowiednio pokazać książkę, dlatego też poszczególne promocje odbywały się w miejscach, z którymi dana pozycja była związana. Od początku zakładałem je jako imprezy otwarte i takimi też pozostaną. Choć rzeczywiście po Racocie trochę się boję, ponieważ osobę Księcia Michała Benedykta i Capellę Zamku Rydzyńskiego trudno będzie przebić. Niemniej jednak nie każda promocja musi mieć tak spektakularną oprawę. Myślę, że warto dozować wrażenia, także towarzyszące promocjom książek z serii „Miejsca i Sztuka”.

– 11 września odbyła się druga Piesza Kopaszewska Droga Krzyżowa. Jak zrodził się pomysł na tę inicjatywę?
– Z książki o Kopaszewie. Chcąc nawiązać do dawnej tradycji zaproponowałem to wydarzenie pani sołtys Joannie Ziętkiewicz. Na tegoroczną edycję udało się ściągnąć aż trzech potomków rodziny Chłapowskich z trzech różnych linii, w tym jednego z Kanady. Motywem przewodnim drogi była postać Kazimierza Chłapowskiego, którego setna rocznica śmierci przypada w tym roku. Piesze pielgrzymowanie z Kopaszewa do Rąbinia ma ponad 150-letnią tradycję. Jednak od lat 80. XX wieku tak dużych pielgrzymek nie było.