Bohaterowie z Karbali w Kościanie

Na dzień przed Świętem Niepodległości zawitał do Kościana ppłk. Grzegorz Kaliciak, dowódca obrony ratusza w Karbali, irackiego miasta ogarniętego rebelią Muktady as-Sadra. Wraz ze swym towarzyszem broni st. sierż. Arturem Mielczarkiem odpowiadali na pytania uczniów I Liceum Ogólnokształcącego im. Oskara Kolberga i gości obecnych na projekcji filmu „Karbala” w Kościańskim Ośrodku Kultury.

Akcja filmu nawiązuje do wydarzeń z 2004 r., kiedy to podczas islamskiego święta Aszura w Karbali doszło do ataku irackich rebeliantów na ratusz miasta. – Trudno powiedzieć ilu bojowników walczyło po stronie as-Sadra. By powziąć się na taki atak stosunek sił musiał wynosić co najmniej 3 do 1mówi ppłk. Grzegorz Kaliciak, dowódca obrony City Hall. – Przeciwko nam stanęło prawdopodobnie kilkuset rebeliantów. Komputerowe symulacje pola walki nie dawały nam w tym starciu żadnych szans. Pojechaliśmy na misję stabilizacyjną, a znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia.

W trzydniowej bitwie dwupiętrowego budynku ratusza broniło około 50 żołnierzy (30 polskich i 20 bułgarskich), pozbawionych wsparcia i łączności z bazą. Napastnicy nacierali używając kobiet i dzieci jako żywych tarcz. Było to największe starcie bojowe polskich żołnierzy od czasów II wojny światowej.

W obrazie wyreżyserowanym przez Krzysztofa Łukaszewicza w postać dzielnego dowódcy wcielił się Bartłomiej Topa, który zdaniem ppłk. Kaliciaka wywiązał się z tej roli znakomicie. – Większość scen pokazanych w filmie inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Oczywiście są też wątki zmienione lub wymyślone na potrzeby fabuły. Dla przykładu nawiążę do autentycznej historii z ewakuacją dzieci. Nie była ona prowadzona z meczetu, jak to pokazano w filmie, lecz ze szkoły, którą ostrzelali islamscy bojownicy – wyjaśnia ppłk. Kaliciak. – Prawdziwy był też wątek dwóch braci. Nie dotyczył on jednak naszej kompanii. Z kolei historia sanitariusza, który stchórzył, gdy miał udzielić pomocy pod ostrzałem zdarzyła się na późniejszej zmianie.

Początek misji nie zapowiadał tak dramatycznych wydarzeń. – Wyjeżdżając na liczne patrole zabieraliśmy ze sobą cukierki i butelki z wodą. Staraliśmy się być bardzo pomocni. Dzięki temu udało nam się zjednać miejscową ludność – mówi st. sierż. Artur Mielczarek, uczestnik bitwy o City Hall. – Sytuacja pogorszyła się na początku kwietnia wraz z nastaniem święta Aszura. Razem z pielgrzymami przybyli do Karbali bojownicy as-Sadra. Po pierwszych wybuchach pod meczetami zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.

Podczas patroli na Polaków czekały liczne pułapki. – Między palmami, na drogach naszego przejazdu, bojownicy rozwijali cienkie stalowe linki licząc na to, że wpadnie na nie któryś z naszych żołnierzy – mówi ppłk. Kaliciak. –  Dochodziło też do dramatycznych sytuacji z udziałem dzieci, które dwukrotnie wrzuciły do naszych wozów granat. Na szczęście w obydwu przypadkach udało go się w porę odrzucić. Po wybuchu rebelii i ataku na City Hall zaczęła się masowa dezercja irackich żołnierzy i policjantów. Większość z nich wywodziła się z lokalnej społeczności. Współpracując z nami narażali siebie i swoje rodziny.

Od wydarzeń, które stały się tematem filmu minęło już ponad 12 lat. Długo trwało zanim Polacy dowiedzieli się o bohaterskim czynie naszych żołnierzy. Bywało, że określano ich najemnikami, którzy wyjechali do Iraku dla pieniędzy. – To krzywdząca opinia. Aspekt finansowy, choć istotny, nie był dla nas najważniejszy. Liczyła się chęć poznania nowego kraju oraz możliwość zdobycia kolejnych doświadczeń – przekonuje ppłk. Kaliciak. – Będąc na misji w Iraku zarabiałem 1800 dolarów miesięcznie (w tamtym czasie kurs amerykańskiej waluty sięgał 3 zł – przyp. red.). Żołnierze niżsi stopniem dostawali ok. 1200 dolarów. Czy to są pieniądze dla których warto narażać życie?

Podczas wizyty w Kościanie żołnierze opowiadali też o warunkach jakie zastali na miejscu. – Po przyjeździe do Iraku najbardziej uderzyła mnie panująca tam bieda. Na przedmieściach miast w ciasnych lepiankach z błota i trzciny gnieździły się rodziny z kilkanaściorgiem dzieci – wspomina sierżant Mielczarek. – Szokujące było też zderzenie z islamską kulturą i religią. Będąc w szpitalu natrafiłem na mocno poparzoną dziewczynkę, która miała nie więcej niż trzy lata. Własny ojciec oblał ją wrzątkiem, by ukarać nieposłuszną żonę. To drastycznie zdarzenie wiele mówi o stosunkach panujących w islamskich społecznościach. Sytuacja irackich kobiet, poniewieranych przez mężów, wymęczonych ciężką pracą i wychowywaniem dzieci jest naprawdę trudna.

Doceniając wkład polskich żołnierzy w obronę Karbali nie sposób nie wspomnieć o ich dobrym wyszkoleniu. – Pod tym względem w niczym nie ustępujemy amerykańskim żołnierzom, a w wielu aspektach jesteśmy nawet lepsi – podkreśla stanowczo ppłk. Kaliciak. Szacowni goście mówili też o rosnącym szacunku do weteranów i pozytywnym postrzeganiu armii w polskim społeczeństwie. – Podczas spotkań z młodzieżą zawsze zachęcamy do wstępowania w nasze szeregi. Jednocześnie podkreślamy, że nie tak łatwo jest być żołnierzem – mówi ppłk. Kaliciak. – W jakimś stopniu zawsze oznacza to rozłąkę z rodziną. W ciągu roku aż 8 miesięcy spędzamy poza domem. Gdy wyjeżdżałem do Iraku mój synek miał zaledwie miesiąc. Muszę też powiedzieć o dobrych stronach bycia żołnierzem. Dzięki zagranicznym misjom zwiedziłem wiele ciekawych państw, do których normalnie nie miałbym okazji pojechać.

Podczas walk o Karbalę nie zginął żaden polski żołnierz. Na zdjęciu ppłk. Grzegorz Kaliciak  i st. sierż. Artur Mielczarek podczas spotkania w Kościańskim Ośrodku Kultury.