Zawsze czułem się mocny

O najciekawszych momentach w karierze, startach na arenie międzynarodowej i przygodzie z ligą brytyjską rozmawiamy z Romanem Jankowskim, legendą Unii Leszno, który przez ponad 25 lat startów na żużlowych torach należał do grona najlepszych zawodników w Polsce. Dziś trenuje młodych adeptów tego sportu w leszczyńskiej szkółce i prowadzi II-ligową drużynę z Rawicza.

Przez ponad 25 lat startów na żużlowych torach Roman Jankowski należał do grona najlepszych zawodników w Polsce.

– Który okres z Pańskiej bogatej kariery obejmującej lata 1976-2003 wspomina Pan z największym sentymentem?
– Początki mojej sportowej kariery i lata 80., czyli okres największych sukcesów z drużyną Unii Leszno. W ciągu tej dekady zdobyliśmy aż cztery tytuły Drużynowego Mistrza Polski. Mocno w pamięci utkwiły mi także pierwsze starty na arenie międzynarodowej. Po nieudanym występie w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów w Lonigo przyszedł sukces w postaci brązowego medalu Drużynowych Mistrzostw Świata, wywalczonego na torze we Wrocławiu w 1980 r. Niezwykle ważny był też dla mnie pierwszy tytuł Indywidualnego Mistrza Polski zdobyty w Lesznie w 1981 r. Stałem wtedy na najwyższym stopniu podium, obok najlepszych zawodników ówczesnego pokolenia polskich żużlowców – Zenona Plecha i Edwarda Jancarza, z którymi przyszło mi rywalizować u progu swojej kariery.

– Znamienne jest to, iż 15 lat później podczas finału tej samej imprezy w Warszawie, ale już w zupełnie innych realiach, zostaje Pan drugim wicemistrzem Polski, stając na podium tuż za Sławomirem Drabikiem i Adamem Łabędzkim.
– Te nazwiska to kolejna generacja polskich żużlowców. Cieszę się, że pomimo upływającego czasu i zmian jakie zachodziły w funkcjonowaniu tej dyscypliny sportu po 1989 r., przez tyle lat utrzymywałem się w ścisłej krajowej czołówce.

– Silny impuls w rozwoju Pańskiej kariery na początku lat 80. stanowiły starty na torach brytyjskich. W jaki sposób trafił Pan na Wyspy?
– Moja przygoda z Wielką Brytanią zaczęła się w 1980 r., kiedy wspólnie z Andrzejem Huszczą, Janem Ząbikiem i Janem Pukiem otrzymaliśmy zgodę na starty w Anglii. Stało się to możliwe dzięki porozumieniu zawartym między brytyjską federacją żużlową BSPA a polskim PZM. Kwestie formalne dotyczące naszych startów na Wyspach dogrywały nasze rodzime kluby. Wyjechaliśmy z Polski do całkiem innego świata. Zetknięcie z realiami życia na zachodzie stanowiło dla nas niemały szok. W tą pierwszą podróż do Anglii zabrałem się z Andrzejem Huszczą. Pojechaliśmy grupą w trzy albo cztery auta z motocyklami załadowanymi na przyczepkach. Po dwóch dniach podróży dotarliśmy na stadion, który mieścił się w dzielnicy Hackney w Londynie. Był piątek wieczór, na miejscu oczekiwał nas Len Silver, promotor miejscowej drużyny. „Który to jest ten Jankowski? – zapytał podczas pierwszej naszej rozmowy. Na co podniosłem nieśmiało ręką odpowiadając, że ja (śmiech – przyp. red.). „Dziś wieczorem mamy mecz ligowy w Wimbledonie – kontynuował Silver. Jeśli jesteś gotów, możesz w nim pojechać”. Oczywiście przystałem na to bez namysłu, i w ten sposób niemal prosto z drogi wystartowałem w pierwszym meczu na Wyspach. Liga brytyjska liczyła wtedy więcej zespołów. Drużyny spotykały się ze sobą czterokrotnie, dwa razy u siebie i dwa na wyjeździe. W tamtym sezonie włącznie z występami w Polsce i na arenie międzynarodowej odjechałem ponad 100 imprez.

– Tak duża ilość startów wymaga współcześnie sporego zaplecza sprzętowego, zespołu mechaników i dobrze poukładanej logistyki. Jak to wyglądało wtedy u Pana?
– Nie da się tego porównać z tym co jest teraz. To były zupełnie inne czasy. Do Anglii zabrałem ze sobą dwa podwozia, które zostawiłem u promotora drużyny. W zamian otrzymałem używany motocykl z silnikiem Wesley’a, na którym przejeździłem dosłownie cały sezon. We własnym zakresie musiałem go remontować i przygotowywać do zawodów. Byłem więc zawodnikiem i mechanikiem w jednej osobie.

– Co dała Panu Anglia pod względem sportowym?
– Dzięki dużej liczbie startów na torach o różnej geometrii zacząłem przybierać na motocyklu bardziej dynamiczną sylwetkę, udoskonaliłem technikę jazdy i podniosłem wyraźnie swój poziom jeździecki. Na Wyspach spędziłem niespełna dwa sezony. Była to wówczas najsilniejsza liga na świecie, w której startowali najlepsi zawodnicy.

– Obecnie liga angielska boryka się z poważnym kryzysem. Ze startów na Wyspach zrezygnował nawet Tai Woffinden. Czy w czasach swej świetności brytyjski speedway przyciągał na trybuny dużą rzeszę kibiców?
– Na zawody w Anglii, w przeciwieństwie do Polski, nigdy nie przychodziły tłumy. Sport ten do dziś zachował tam swój prowincjonalny charakter. Stadion Hackney Wick mieścił się w dzielnicy imigranckiej. Nasz promotor zażartował kiedyś, że gdyby miał w składzie czarnoskórego zawodnika, to przyciągnąłby na trybuny komplet widzów.

– Co stanęło na przeszkodzie by spędzić w Anglii więcej sezonów?
– Miałem problem z uzyskaniem pozwolenia ze strony rodzimego klubu, który niechętnie zapatrywał się na moje dalsze starty na Wyspach. Moja nieobecność w Lesznie przekładała się na spadek liczby widzów na trybunach. Z tego powodu w 1981 r. nie wystartowałem w Anglii od początku sezonu. Ostatecznie, po otrzymaniu pozwolenia na pracę i załatwieniu formalności związanych z uzyskaniem wizy, wyjechałem na Wyspy stawiając klub przed faktem dokonanym.

– Najważniejsze starty na arenie międzynarodowej, w tym udziały w finałach światowych, przypadły w Pana karierze na lata 80.
– To były bardzo trudne czasy dla polskiego żużla. W tamtym okresie już sam awans do finału światowego stanowił duży sukces. Najlepsi Duńczycy, Anglicy i Amerykanie dysponowali wtedy znacznie lepszym sprzętem, do którego my za żelazną kurtyną nie mieliśmy dostępu. Była to przepaść w porównaniu do tego jak te różnice wyglądały jeszcze w latach 70. Pomimo tego nigdy nie brakowało nam umiejętności, by z nimi powalczyć. Szkoda, że mieliśmy tak mało okazji do bezpośredniej rywalizacji. W polskiej lidze nie startowali wówczas obcokrajowcy, a w eliminacjach do Indywidualnych Mistrzostw Świata walczyliśmy z zawodnikami z Czech, Węgier i innych państw bloku wschodniego.

– Po raz pierwszy do finału światowego awansował Pan w 1987 r. Ta pamiętna, dwudniowa impreza odbyła się na torze w Amsterdamie, w „egzotycznym” miejscu na żużlowej mapie. Jak Pan wspomina te zawody?
– Pierwszy dzień nie należał do udanych w moim wykonaniu. Niemal przez całe zawody siąpił deszcz. Miałem spore problemy z dopasowaniem motocykla do śliskiego toru. Cały czas, jak to mówimy w naszym żargonie, „przekręcało”, przez co nie mogłem dobrze wyjść spod taśmy. Na drugi dzień poszło mi już znacznie lepiej i z dorobkiem ośmiu punktów zakończyłem zawody na ósmym miejscu.

– Wraz z nastaniem przemian ustrojowych i przejściem na zawodowstwo nastąpił trudny okres dla Unii Leszno, która po latach świetności zmuszona była walczyć o utrzymanie w lidze.
– Na początku lat 90. nasz klub ledwo wiązał koniec z końcem. W realiach gospodarki rynkowej musieli się też odnaleźć sami zawodnicy, którzy przystąpili do podpisywania zawodowych kontraktów. Wiązało się to z koniecznością pozyskania sponsorów, o których w tamtym czasie było niezwykle trudno. W 1991 r., jako jedyny klub w ówczesnej ekstraklasie, przystąpiliśmy do rozgrywek bez zawodników zagranicznych. Skończyło się to spadkiem do II ligi.

– Pomimo wielu trudności, na początku lat 90. stał się Pan specjalistą od wygrywania biegów z zawodnikami ze ścisłej światowej czołówki, dla których starty nad Wisłą stanowiły wtedy istne eldorado.
– Na polskich torach zawsze czułem się mocny. Mimo iż dysponowałem wtedy dużo gorszym sprzętem, wielokrotnie byłem w stanie wygrywać pojedynki z Hansem Nielsenem, Tonym Rickardsonem czy Tommym Knudsenem. Tak naprawdę pod względem sprzętowym doścignęliśmy ich dopiero w drugiej połowie lat 90. Mówiąc o tym okresie z sentymentem wracam też do wspólnych startów z Leigh Adamsem.

– Unia Leszno rozpoczęła już przygotowania do nowego sezonu, do którego przystąpi w niezmienionym składzie. Nikt nie ukrywa, że celem zespołu jest obrona mistrzowskiego tytułu.
– Będziemy chcieli powtórzyć sukces z lat 1987-1989 i zdobyć po raz trzeci z rzędu tytuł Mistrza Polski. Jeśli nie zdarzy się nic nadzwyczajnego i będą nas omijać kontuzje uważam, że jesteśmy w stanie ten cel osiągnąć. Miniony sezon pokazał, że Unia Leszno to kompletna drużyna, w której nie ma słabych punktów. Doświadczonych seniorów, z których każdy może wziąć na siebie rolę lidera wspiera utalentowana młodzież.

– Przez 27 lat sportowej kariery obfitującej w liczne sukcesy zaskarbił Pan sobie serca tysięcy fanów. Ostanie spotkanie z kibicami w Kościanie pokazało, że są wśród nich osoby młode, które z racji wieku nie mogą pamiętać Romana Jankowskiego z toru.
– To bardzo miłe, że tak wiele osób pamięta i docenia moje starty w Unii Leszno. Osoby młodsze kojarzą mnie pewnie z roli trenera, a informacje o moich startach czerpią z opowieści swoich rodziców oraz z przekazów dostępnych w internecie.

REKLAMA