Nie należy się rozpychać

O szkolnych wspomnieniach, dawnej i obecnej szkole, a także o pasji związanej z fotografią rozmawiamy ze Zbigniewem Garsztką, emerytowanym nauczycielem wychowania fizycznego oraz autorem licznych zdjęć, w tym m.in. z Ziemi Kościańskiej.

zbigniew garsztka 300x181 Nie należy się rozpychać – Przez lata pracował Pan w dzisiejszym Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych im. Franciszka Ratajczaka, a przez 10 lat był wicedyrektorem tej szkoły. Jak wspomina Pan te czasy?
– Bardzo miło. Choć swoją pracę rozpoczynałem w szkole podstawowej, do której mam jeszcze większy sentyment z uwagi na dzieci. Przez jakiś czas pracowałem też w Wydziale Kultury, Kultury Fizycznej, Sportu Szkolnego i Turystyki. Powiat kościański był wówczas jednym z większych, miał pod swoją pieczą ponad 80 placówek oświatowych. Tamta szkoła różniła się od dzisiejszej. Było bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych, funkcjonowały także międzyszkolne ośrodki sportowe, do których uczęszczało bardzo dużo młodzieży. Dziś cieszę się, kiedy spotykam swoich dawnych uczniów. To są już dojrzali ludzie, którzy wykonują różne zawody. Wtedy to była dajmy na to Gosia, dziś jest już pani Gosia. To też uzmysławia mi, jak ten czas szybko minął. Na dzisiejszą młodzież nie narzekam, bo młodość ma swoje prawa, ale to były jednak inne czasy. Pamiętam jak jeździłem do NRD w charakterze opiekuna na tzw. obozy wypoczynku i pracy. Niemcy bardzo się dziwili, że podczas przerwy dziewczęta przynosiły na talerzach bułki dla mnie i dla tłumacza. Ale taki był wówczas u nas stosunek do starszych.

A obecnie ma Pan kontakt ze swoją szkołą?
– Owszem. W naszej szkole dbają o emerytowanych nauczycieli, jesteśmy zawsze zapraszani na różne okazje. Nie wszyscy w nich uczestniczymy, bo niektórym już stan zdrowia na to nie pozwala, ale jest bardzo sympatycznie. Sam na te spotkania chodzę, przyjąłem tylko zasadę, żeby nie rozmawiać o szczegółach związanych z pracą. Ja już zamknąłem za sobą tamte drzwi.

– Dawni uczniowie kojarzą Pana przede wszystkim ze szkołą, ale sporo kościaniaków wie, że pasjonuje się Pan fotografią. W jaki sposób pojawiła się ona w Pana życiu?
– Mój ojciec trochę zajmował się fotografią. Pamiętam tę dozę tajemniczości, która temu towarzyszyła. Porozstawiane miski z wodą w ciemnym pokoju, do którego nie było można wchodzić. Później już jako student byłem na koloniach w ramach obowiązkowych praktyk. Był tam kierownik, który poprosił mnie, żebym mu pomógł przy wywoływaniu zdjęć. I tak zaczęło mnie to pomału wciągać, choć długo się z tym nie zdradzałem. Późniejszy inspektor szkolny, pan Chojnacki, pracował w szkole nr 1, gdzie była pracownia fotograficzna w ramach kółka. Wtedy zobaczyłem prawdziwy sprzęt. Trudno było go bowiem kupić zwykłym ludziom, a szkoły miały ułatwiony dostęp. I tak to się zaczęło. Nabyłem pierwszy powiększalnik, zacząłem uczestniczyć w różnych szkoleniach. Najwięcej dały mi krótkie kursy odbywające się podczas ferii szkolnych w Poznaniu organizowane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Mieszkałem wówczas w willi na ul. Moniuszki, w której mieści się przedszkole. Wówczas zajmowało ono parter, wyżej były natomiast mieszkania rotacyjne dla nauczycieli. Początkowo mieszkało nas tam trzech, potem dwóch, aż zostałem sam i dzięki temu miałem miejsce na pracownię. Robiłem wówczas przede wszystkim zdjęcia dzieciom z przedszkola. Do dnia dzisiejszego przechowuję album z tamtego okresu.

– Z czasem tematyka Pańskich fotografii zaczęła się poszerzać. Zostało wydanych kilka albumów z Pana zdjęciami, miał Pan także kilka wystaw.
– Faktycznie poziom moich umiejętności wzrastał. Choć zawsze podkreślałem, że nie jestem żadnym fotografem, a jedynie miłośnikiem fotografii i staram się ująć chwilę. Swoją pierwszą wystawę miałem w kościańskim ratuszu. Namówił mnie na nią w zasadzie Jurek Zielonka, a była zatytułowana „Katyń w obiektywie Zbigniewa Garsztki”. Był to efekt wyprawy w latach 80. na Wschód, aż do Smoleńska. Jechała tam grupa kościaniaków, ale również rodziny zamordowanych w Katyniu oficerów. Dopiero krótko przed naszą wizytą został tam osadzony krzyż. Ktoś powiesił na nim piękną różę, ale kwiatem w dół. Dostrzegłem w tym symbol tego miejsca i uwieczniłem na fotografii. Otrzymałem wówczas wiele pochwał za to zdjęcie. Później miałem jeszcze dwie duże wystawy w Kościańskim Ośrodku Kultury. Powstały też albumy, w tym zdjęć z kościańskiej fary oraz kościołów powiatu kościańskiego. Jeśli chodzi o farę, robione było to jeszcze aparatem analogowym. Jak na tamte czasy, to myślę że nie mieliśmy się czego wstydzić.

– Pomimo emerytury wciąż jest Pan bardzo aktywny. Nawet na naszą rozmowę było się  trudno umówić, bo jest Pan w ciągłych rozjazdach.
– Należę do kilku organizacji, stąd moje wyjazdy. Jestem przykładowo w oddziale powiatowym Związku Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego. Tak się szczęśliwie dla mnie składa, że sztandar związku poświęcony jest Obrońcom Polskiego Nieba, a zatem jest trochę związany z lotnictwem, które bardzo mnie interesuje. Mam także kontakt z działającym w Poznaniu Stowarzyszeniem Seniorów Lotnictwa Wojskowego Rzeczypospolitej Polskiej. Dzięki temu kilkukrotnie byłem w Dęblinie i w Radomiu, także w tym roku. Miałem również możliwość uczestniczenia w uroczystości 10-lecia sprowadzenia F16 do Polski. To była duża impreza z udziałem najważniejszych osobistości w kraju, w tym samego prezydenta, któremu robiłem zdjęcia. To są duże przeżycia, dodam także że lotnicy wojskowi są naprawdę wspaniałymi ludźmi, a rozmowy z nimi są także dużą wartością. Mogę się pochwalić, że robiłem także zdjęcia w sejmie i w senacie, w pałacu prezydenckim, a nawet podczas audiencji papieskiej w Watykanie z Janem Pawłem II. Tak więc trochę przeżyć mam.

– Dzisiaj zmieniła się technika robienia zdjęć, już nie ma ciemni, a aparat fotograficzny ma każdy w swoim smartfonie. Zasady fotografii oraz dekalog fotografa pozostały chyba jednak niezmienne?
 To prawda. Ja miałem wpajane, by nie rozpychać się, aby zrobić zdjęcie. Lepiej cierpliwie poczekać, a inni sami ustąpią nam miejsca. O tej zasadzie niestety dzisiaj często się zapomina. Zdarza się, że podczas różnych uroczystości ktoś stanie na środku ze smarfonem zasłaniając innym widok. Tymczasem fotograf powinien być prawie niezauważalny i nie zakłócać innym przebiegu uroczystości. Ja sam mam też zasadę, by publikować ładne zdjęcia. Nie jestem papparazim czekającym na czyjś grymas na twarzy czy jakieś potknięcie. I jeszcze żelazna zasada z moich kursów, by zastanowić się, co ma być tematem zdjęcia. Nie chodzi o to, żeby robić tysiąc podobnych ujęć, do czego zresztą prowokuje dzisiejsza technika, ale by zdjęcie było przemyślane. Sprzęt także jest dla mnie ważny. Jeżeli nie mam odpowiedniego, rezygnuję z fotografowania. Swego czasu robiłem wiele zdjęć podczas uroczystości znajomych, ale dzisiaj często odmawiam. By ująć chwile, potrzebuję bowiem dwóch aparatów tej samej klasy. Sprzęt musi być niezawodny.

 

 

 

happy wheels