Młodzież potrafi być wspaniała

Na temat lat młodości, pracy w Liceum Ogólnokształcącym im. Oskara Kolberga w Kościanie i obecnej działalności rozmawiamy z Aleksandrą Skroban-Gnacy, polonistką, która w „Kolbergu” przepracowała 43 lata nauczając kolejne pokolenia kościaniaków.

Aleksandra Skroban-Gnacy
Aleksandra Skroban-Gnacy, emerytowana polonistka kościańskiego liceum.

–  Jak rozpoczęła się Pani droga prowadząca do zawodu nauczyciela-polonisty?
Maturę zdałam w kościańskim liceum, do którego uczęszczałam przez cztery lata. Przyszłam tutaj z wiejskiej szkoły w Bronikowie, w której moi rodzice przed wojną byli nauczycielami. Dziś szkoła w Bronikowie nosi imię mojego ojca, Stefana Rysmanna, który zginął w 1940 roku w Charkowie jako oficer 55 Pułku Piechoty w Lesznie. Po wojnie mama zorganizowała zajęcia szkolne i była kierownikiem szkoły. Ciężka choroba mamy sprawiła, że stałam się szybko osobą dorosłą i poważnie traktującą naukę, do której nikt mnie nie zachęcał. Czasy licealne wspominam bardzo dobrze, choć były to dla mnie trudne lata. Mimo to uczyłam się dobrze. Zawsze byłam humanistką, dlatego więcej czasu poświęcałam przedmiotom ścisłym. Kościańskie liceum przygotowało nas do studiów bardzo dobrze.

– To była filologia polska na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.
– Tak. Dodam, że był rok 1956, a więc poznańskie wypadki czerwcowe. Panowała godzina milicyjna i czuło się wówczas napięcie. Przez pięć lat nauki mieszkałam w akademiku. Były to piękne czasy, w których nawiązywały się długoletnie przyjaźnie. Bardzo ciepło wspominam ten okres, choć sama wówczas chorowałam i każde wakacje spędzałam w szpitalach. Mimo to, wszystkie egzaminy zaliczałam w terminie i jako pierwsza w grupie broniłam pracy magisterskiej. Podczas studiów poznałam późniejszego męża, Bronisława, który pochodził z lubelskiego. Tuż po studiach zamieszkaliśmy w Kościanie. Wprawdzie mąż chciał powrócić w rodzinne strony, ale ja swoje miejsce widziałam tylko tutaj. Uległ i oboje rozpoczęliśmy pracę w szkole. Mąż jako rusycysta w liceum, natomiast ja jako nauczycielka języka polskiego w szkole podstawowej, która mieściła się na parterze budynku. Po roku również przeszłam do liceum, w którym pracowałam aż do przejścia na emeryturę.

– Całe życie zawodowe oddała Pani kościańskiemu liceum. Nigdy nie myślała Pani o podjęciu innej pracy?
– Nie, bo choć bywało różnie, zawsze lubiłam swoje zajęcie i stałam murem za uczniami. Proponowano mi nawet inne stanowiska, ale odmawiałam, bo swoje miejsce zawsze widziałam w szkole. W późniejszym okresie uczyłam już dzieci moich uczniów. Wielu obecnych nauczycieli w liceum, to moi byli uczniowie. Na filologię polską poszło także wielu moich uczniów. Przez te wszystkie lata dochodziło do różnych sytuacji, na pewno wymagałam sporo od siebie i młodzieży, ale zawsze starałam się pomóc. Wymagało to przeprowadzenia wielu rozmów, podzielenia materiału na partie możliwe do opanowania przez ucznia, aby dać możliwość poprawy oceny. To właśnie ci uczniowie dziś, jako dorośli już ludzie, najbardziej dziękują mi za to.

– Jednak kolejne pokolenia rozpoczynające naukę chyba musiały się zmieniać?
Rzeczywiście uczący narzekają, że jest coraz trudniej. Uważam, że młodzież jest odbiciem naszych czasów. Rządzą komórki, przez co zatracamy umiejętność rozmowy. Nie pisze się już listów wyrażających emocje, tylko krótkie komunikaty, a na święta wysyła się gotowe formułki, zamiast płynące z serca życzenia. Społeczeństwo stało się także bardziej roszczeniowe. Od razu wszystko chcielibyśmy mieć – dom, samochód, dobrą posadę. Należę do pokolenia, które miało niewiele. Cieszyliśmy się wszystkim co udało się zdobyć i dzieliliśmy się tym z innymi. Dzisiejsza młodzież potrafi być wspaniała. Są to młodzi ludzie z pewnymi cechami typowymi dla ich wieku.

– Mając tylu uczniów, pewnie niektórzy daleko w życiu zaszli?
O tak. Są wśród nich profesorowie, lekarze, pisarze. Pracują i pną się w górę. Kiedy dochodzą mnie słuchy o sukcesie mojego byłego ucznia, zawsze bardzo mnie to cieszy. Uważam, że za takim sukcesem stoi chociaż maleńki kawałeczek tego, co uczeń wyniósł z naszego liceum. Muszę tez powiedzieć, że niektórzy sami odzywają się na ulicy, niektórzy zadzwonią, a nawet piszą. Nie wszystkich poznaję, bo zmieniają się fizycznie. Pamiętam jednak, kto do jakiej klasy chodził, a nawet w której ławce siedział i jaki miał charakter pisma. Spotkania, wiadomości od uczniów sprawiają mi ogromną radość i dodają sił w codzienności.

– Mimo blisko już 20 lat na emeryturze, wciąż jest Pani bardzo aktywną osobą. Udziela się Pani społecznie i kulturalnie. Niejedna młodsza osoba mogłaby Pani pozazdrościć energii.
– Póki mam siłę, to działam. Zdecydowanie nie jestem typem „kanapowca”, mam potrzebę robienia czegoś. Tak jak i w szkole nigdy nie ograniczałam się tylko do realizacji programu, ale wprowadzałam nowe metody nauczania, brałam udział w ogólnopolskim eksperymencie zajęć fakultatywnych, pracowałam nad wystawianiem sztuk teatralnych, a z „Weselem kościańskim” byliśmy na przeglądzie w Szydłowcu. Obecnie jestem sekretarzem Stowarzyszenia Absolwentów Gimnazjum i Liceum w Kościanie i jego honorowym członkiem. Mimo, że jestem nauczycielem emerytowanym nadal interesuję się życiem liceum, cieszę się wynikami i w miarę możliwości uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych. Ostatnio oklaskiwałam spektakl w reżyserii zastępcy dyrektora szkoły, Wojciecha Morawskiego „Miłośc pod Krakowem”. Jestem także sekretarzem Polskiego Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów i tam spotykam swoje uczennice-emerytki. Ciekawe prelekcje, wykłady, koncerty są motywacją do wyjścia z domu. Ponadto czytam, by być na bieżąco, dużo chodzę i jeżdżę rowerem, by być w formie.

– Czyli aktywność to Pani sposób na zachowanie sił witalnych?
Owszem, ale również radość z drobiazgów i życzliwość w stosunku do ludzi. Sporo w życiu przeszłam, ale mimo to staram się być pogodna. Nauczyłam się w życiu cieszyć każdą chwilą. Stąd radość sprawia mi każdy telefon – od koleżanki, od wnuków, od dawnego ucznia. Cieszę się także szczęściem innych, a uczucie zazdrości zawsze było mi obce. Dziś mogę powiedzieć, że życzliwość młodzieży, rodziców i przyjaciół pomogła mi przetrwać w najtrudniejszych chwilach – i za to dziękuję.