Krakus ze Śląska

W Kościanie 26 października gościł wybitny aktor Marian Dziędziel. Inicjatorem spotkań we Wschowie, Sławie i Kościanie z niezapomnianym odtwórcą Wojnara w "Weselu" czy Dziabasa w "Domu złym" było stowarzyszenie Twórcze Horyzonty. Nasza rozmowa z aktorem odbyła się przed spotkaniem z publicznością, podczas projekcji filmu "Moje córki krowy", w którym zagrał jedną z głównych ról.

Marian Dziędziel podczas spotkania z publicznością w Kościanie.

– Czy nie czuje się Pan trochę zmęczony małym tournee po Ziemi Lubuskiej i Wielkopolsce, które odbył Pan w ostatnich dniach?
Nie, bo mam zapewnione wszystkie wygody. Mieszkam w znakomitych warunkach, a co sobie zażyczę, to mam realizowane. Oczywiście nie wykorzystuję tego w nadmiarze. Pierwszego dnia po przyjeździe zaplanowane było od razu spotkanie, wczoraj  mieliśmy dwa kolejne spotkania, najpierw w szkole we Wschowie, a potem w Sławie, a dzisiaj jesteśmy w Kościanie. I dziś było najwięcej luzu, praktycznie do godziny 16.00 miałem czas dla siebie.

– A miał Pan okazję zobaczyć nasze miasto?
Dzisiaj przyjechaliśmy akurat w porze obiadowej. Zawitaliśmy do Kościańskiego Ośrodka Kultury, zostawiliśmy niezbędny sprzęt i pojechaliśmy coś zjeść. Poprosiłem pana Tomka (prezesa stowarzyszenia Twórcze Horyzonty – przyp. red.), by jechał tak, abym zobaczył jak najwięcej. Przejechaliśmy zatem przez centrum, pojechaliśmy do restauracji i wróciliśmy z powrotem do KOK.

– Czy to prawda, że do szkoły aktorskiej został Pan przyjęty warunkowo?
Prawda, z uwagi na zbyt mocny śląski akcent. Nie chodziło o gwarę, bo mówiłem po polsku, ale właśnie o akcent. W liceum z kolegami myśmy rozmawiali, a nie „godali”, tylko nikt z nas nie słyszał tego akcentu. A wychodzi on dopiero przy tekstach scenicznych, szczególnie słyszalny jest w samogłoskach. Trzeba zdać sobie z tego sprawę i mocno ćwiczyć z pomocą profesora, który zajmuje się dykcją. Z kolei teraz, kiedy przyjeżdżam do swojej rodzinnej wsi w odwiedziny do brata, to „so godam”. Potem wracam do Krakowa i znajomi pytają: Byłeś w Gołkowicach? No byłem – odpowiadam. Od razu to słychać, ale tylko przez jeden dzień. Ale tak to jest, wy w Wielkopolsce też macie ryczki, tytki i podobne wyrazy.

– Pochodzi Pan ze Śląska, ale od 52 lat mieszka w Krakowie. Czy w związku z tym dzisiaj bardziej czuje się Pan Ślązakiem czy też Krakowiakiem?
No ja już jestem krakus dzisiaj. Ale krakus ze Śląska, bo gdzieś tam to myślenie po śląsku zostało. Tego się nie da wyrzucić, bo to jest rodzinny dom, wychowanie i pewne przyzwyczajenia. Do dziś przykładowo bardziej smakują mi potrawy śląskie niż małopolskie. A więc rolada z kluskami i modrą kapustą. Nawet na dzisiejszym objedzie zamówiłem roladę z kopytkami i z buraczkami. Choć wracając do gwary, w pewnym momencie musiałem się pilnować, by nie zacząć mówić po krakowsku. A byłem na fajnym roku w szkole aktorskiej. Studiowali ze mną m.in. Jurek Trela, Henio Talar, Leszek Teleszyński, Mikołaj Grabowski, Janusz Szydłowski. Janusz mówił ewidentnie z krakowskim akcentem, a Jurek miał takie typowe krakowskie powiedzonka w stylu „dajże spokój”, „ale odejdź że”, „nie gadaj że tyle”

– Ma Pan na swoim koncie kilkadziesiąt ról filmowych i przede wszystkim z nich jest znany szerokiej publiczności. Jednak może się Pan pochwalić również bogatym doświadczeniem teatralnym i kabaretowym. Jak Pan wspomina okres związany ze słynną Piwnicą pod Baranami?
Kiedy ja przyszedłem do Piwnicy, zaczęła się ona rozkręcać po okresie pewnego regresu. Poznaliśmy się z Zygmuntem Koniecznym, Staszkiem Radwanem, Andrzejem Zaryckim. Wkrótce przyszedł Marek Grechuta. To była przygoda, tam nie chodziło się dla pieniędzy, a dla rozrywki, a także dla sprawdzania siebie, swoich możliwości występowania w kabarecie. To był też bezpośredni kontakt z widzem, który siedział krok ode mnie poniżej scenki, a to zupełnie niepowtarzalne doświadczenie. Można się było również doskonalić w śpiewaniu i człowiek dzięki temu nie tracił czasu.

– Przez lata pracował Pan w Teatrze Słowackiego w Krakowie. A czy obecnie można Pana podziwiać na jakiejś scenie?
– Ponad dwa lata temu poszedłem na emeryturę. Po 47 latach pracy w teatrze.

– A nie kusi Pana, by jeszcze wrócić na teatralne deski?
Kusi mnie, oczywiście. Teatr to jest inna magia i czar niż w film. Przy filmie dąży się do pewnego efektu, więc sceny są powtarzane. Natomiast w teatrze kurtyna idzie w górę i to jest ten moment, który można porównać do startu samolotu – trzeba dotrwać do końca i nie można spaść. I to jest fantastyczne.

Czym się Pan kieruje wybierając filmowe role? Czy wiele propozycji Pan odrzuca?
– Wie pani, to tak różnie jest. Nie robi się w Polsce tak dużo, żeby sobie dowolnie przebierać. Ale są filmy, których robić się nie da. Nie interesują mnie rzeczy słabo napisane albo nic nie wnoszące, czy też takie, których nie czuję. Wtedy odmawiam. Ale jeśli jest w miarę ciekawy scenariusz i dobra postać, to czemu nie. Szczególnie, jeśli propozycja pochodzi od reżysera, którego jeszcze nie znam, to tym bardziej chcę go poznać, bo mnie każdy człowiek interesuje.

– Wracając do Pana przyjazdu do Kościana, czy lubi Pan takie spotkania z publicznością jak dzisiejsze?
– Lubię. Bo za każdym razem to jest intrygujące, jakie pytania ich uczestnicy mogą mi zadać. Co ich zainteresuje, co zechcą ode mnie usłyszeć i co mogę im dać. Czy będę potrafił ich rozbawić, zainteresować na tyle, że zaczną zadawać mi następne pytania. Jak już powiedziałem przed chwilą, lubię poznawać ludzi i ich obserwować, bo jest to dla mnie inspirujące. Poznawanie ludzi jest jak jeżdżenie po świecie i zwiedzanie nowych miejsc. Każdy wyjazd na spotkanie z widzami traktuję w ten sposób.